Informacje zebrane na tej stronie podawane są jedynie na zasadzie wysokiego prawdopodobieństwa (można je utożsamiać z uzasadnionym podejrzeniem).

PRZYKŁADY DOBORU OSOBY DO ZŁEJ SPRAWY PO NAZWISKU (CO WSKAZUJE NA ZWIĄZEK Z WATYKANEM, KTÓRY JAKO PIERWSZY TO WPROWADZIŁ, I CAŁĄ TĄ Z NIMI POWIĄZANĄ MAFIĄ), A TAKŻE WYBIERANIA PASUJĄCEJ NAZWY, NP. MIEJSCOWOŚCI - NA ZASADZIE "NOMEN OMEN" (W NAZWIE TKWI ZNAK).
Kryje się za tym, zwłaszcza za doborem po nazwisku, m. in. taka oto paradoksalna myśl: "łatwo o chętnego", "pierwszy lepszy (pierwszy z brzegu) się zgadza".
Potencjalna geneza tej idei: "za nazwisko" ≈ "po pochodzeniu" ≈ "za przodków i wychowawców" (kojarzy się to ze sprawą determinizmu i potępiania ludzi przez Boga). Więc patrzmy na nazwisko, niosące w sobie informację o czyichh (przesądzających sprawę) przodkach, gdy chcemy kogoś dobrać do piekła...

Jest to dodatkowo o tyle bardzo nietypowe - i o tyle nieprawdopodobne jest, by przywódcy polityczni (będący na górze tylko przez swoją kadencję i na określony czas) sami na to wpadli - że jest to rodzaj przyznawania się do zła. Nie sam ten człowiek (np. zabójca) wymyślił swoje zadanie, nie on je wybrał, lecz został wybrany odgórnie, przez władze (bo któż ma dostęp do zbiorów danych osobowych?...). A zatem występuje tu świadczenie przeciwko sobie, choć bardzo po cichu, szeptem, na ucho - trzeba się dopiero natrudzić, by takie świadectwa pozbierać i nagłośnić, ale same w sobie są one dosyć przekonujące (zwłaszcza we wczesnej fazie, gdy ten sposób doboru był jeszcze znany właściwie wyłącznie Kościołowi: skąd np. władze planując zabójstwo Popiełuszki mogłyby wiedzieć, że to stał się w Watykanie standard i reguła?! byłaby to niespotykana hiperpodejrzliwość). Żaden racjonalnie kalkulujący polityk tak by nie zrobił sam z siebie - to zasługa Watykanu, któremu przystoi tak robić przez sentyment do religii ("trzeba być szczerym") i po to, by odstraszać zbyt dociekliwych (np. prokuratorów, dziennikarzy) od tematów, w których jest jego wina, bo atakować Watykanu im być może nie wolno lub nie chcą.

A zatem proszę o uwagę - w to wszystko, co poniżej, w te osoby i tematy, był chyba niedobrze zamieszany Watykan i Kościół!

------------------------------------------------------------------------------------------

----------------------------- WYBÓR JANA PAWŁA II NA PAPIEŻA -----------------------------



Geneza: wizja chrześcijaństwa jako "koronawirusa" (z samej góry jest sprawa)? W każdym razie z tego tropu też wywodzi się kształt cyfr 6 i 9 nadany przez Ala Chorezmiego oraz sprawa zabijania dnia 6 kwietnia (patrz np. Rafael Santi: urodzony w Wielki Piątek, zmarł w Wielki Piątek w 96-tym dniu roku, kiedy to do końca roku jest 269 dni — jak z datą śmierci Nerona).
Uprawdopodobnione jest... w czasach rzymskich właściwych narodzeniu Jezusa... istnienie takiej praktyki. Mrugano też okiem do ludu i umiejętnie stosowano propagandę taką, jaką niektórzy dopiero niedawno chcieli by widzieć odkrytą za sprawą jakiejś może psychologii społecznej.

Watykan te sprawy znał, tego "koronawirusowego" czyżby pochodzenia chrześcijaństwa, przykładem tego jest powstanie w getcie warszawskim: dziwnym trafem data to "194 194 3", co można przetłumaczyć jako "... [pewna liczba] dwa razy — wystarczy" ("dostateczne", trója w szkole). Lat 77 (liczba znana też z ewangelii, a przy tym podwójnie symboliczna: symbol Boga i boskości w tradycji żydowskiej i symbol miasta siedmiu wzgórz — Rzymu) po tym powstaniu w datę jego wybuchu (19.4.2020) przypadła niedziela i w dodatku taka, że ewangelia była o tym, że Żydzi czasem bywają też groźni. "Drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami" (cytat z czytania na mszy). Czytania na mszach nie są co roku takie same, tylko co 3 lata się powtarzają, a ponadto tutaj musiał jeszcze trafić się odpowiedni dzień tygodnia, więc to już w ogóle niezwykłe trafienie. Wskazuje to na świadomość wagi tego dziwnego zbiegu okoliczności z siódemką łączącą ze sobą Rzym i Judeę. (Skąd to się wzięło? Zapewne z czasów tzw. hasmoneńskiej wojny domowej; zorganizowano to celowo, przez "zdradę" w samej Judei, tj. Rzym dogadał się z tamtejszymi elitami. Patrz w szczególności: nietypowe różnice religijne, bardzo czytelnie oddane w historiografii, między Hyrcanusem i Arystobulusem; pochodzenie króla Heroda, tj. personalia jego ojca, brzmiące jak "antycypator [przewidujący] idealnego człowieka"; sposób, w jaki Rzym osiągnął zwycięstwo — żołnierzy po prostu wpuszczono do miasta bez walki, jak za czasów Asyryjczyków.) Dziwnym też trafem powstanie w Judei w roku 66 n.e. wywołane przez ludność rzymską wschodniego imperium ("przez Greków") — rok VI VI (sześć dziesiątek i sześć), jak "dwa zwycięstwa" (ironia; może o dwóch poważnych błędach w religii chrześcijańskiej: co do nieba w przestrzeni i co do rychłego Sądu Ostatecznego, czyli o chybionych przepowiedniach "w czasie" i "w przestrzeni") — zakończono, dopiero za drugim nasłaniem legionu rzymskiego, równo w roku 70 A.D., choć oczywiście wtedy takie liczenie lat nie było powszechne (lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by ktoś czasem w ten sposób mógł wtedy pomyśleć — z Chrystusem w centrum wszystkiego). Akurat siedem dziesiątków lat i taka pomoc. O jedną porażkę mniej, bo można się wytłumaczyć (i tak też przyjęło się w tradycji), że znana z ewangelii przepowiednia, problematyczna już w czasie ich spisywania (np. Marek w środku wypowiedzi Jezusa przełamał rozdział, a Jan twierdził, że wszyscy 3 ewangeliści przekręcają słowa Jezusa, choć przecież słowa te padały też wiele razy w innych sytuacjach, np. w rozmowie z Sanhedrynem), tj. przepowiednia "niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż zobaczą Królestwo Boże przychodzące z mocą" (i że wówczas Syn Człowieczy będzie oddawać każdemu wg uczynków jego), znalazła jak widać dzięki takiej pomocy swoją obronę. Po dziś dzień tłumaczy się tę przepowiednię jako sprawdzoną — mianowicie faktem zburzenia Jerozolimy i wygnania Żydów. Akurat w roku "siedem dziesiątek" A.D. (nota bene też typowa długość życia). Drugi poważny błąd to ten z niebem kosmologicznym kojarzonym też z chmurami i twardym sklepieniem.

Przykłady potencjalnych czy oczywistych "nomen omenów" co do czasów rzymskich:

Marek Juniusz Brutus był zabójcą Cezara, ale Brutus to też zabójca ostatniego króla rzymskiego (NOMEN OMEN). Zapewne przypadkiem sam się znalazł, przecież Cezar raczej nie był samobójcą, nic na to nie wskazuje, więc po prostu sam się skojarzył ten człowiek z poprzednim zabójcą despoty, co znalazło wyraz w sławetnym cytacie "i ty [też] Brutusie przeciwko mnie". Cezar przeoczył drobiazg i od tego zginął, co utorowało drogę do władzy jego spadkobiercy, Oktawianowi, choć ten musiał jeszcze sporo o to powalczyć. Tak czy inaczej jednak mógł czuć się wdzięczny Brutusowi i zabójcom Cezara, i Lepidusom (być może związany z nimi był krąg poparcia interesu polegającego na "zorganizowaniu Żydom Mesjasza, ale tylko w religijnym sensie"), z tego też powodu zaczął sam, w ramach wspaniałomyślności i w dziedzinie związanej z jego (wedle tej wersji) spiskiem religijnym, stosować tę metodę wskazówek ukrytych w nazwiskach.
Inna ciekawostka jest taka, że podobno ród Oktawiuszów był w senacie już od czasów jakiegoś króla rzymskiego Tarkwiniusza (informacja z Wikipedii). A zatem "od króla do cesarza — ciągle u władzy". Jednakże ściśle rzecz biorąc to akurat nie jest problem typu "nomen omen", aczkolwiek z pokrewnej dziedziny (trafne dane osobowe).
Najbardziej właściwe "koronawirusowo" są czasy Oktawiana. W toku jego walk z triumwiratu w praktyce wykluczono niejakiego Marka Emiliusza Lepidusa, który tu jest postacią bardzo znamienną, może wskazywać na początki świtania koncepcji chrześcijaństwa (rozumianej jak u Nietzschego, np. w Antychryście) w głowie Oktawiana. Oczywiście to wersja satysfakcjonująca tylko niewierzących, ale zobaczmy. Markowi Lepidusowi zabrano wszystkie urzędy, zostawiono mu tylko tytuł najwyższego kapłana ("są tacy biedacy...", "niektórzy to już nic nie mają, tylko przestrzenie urojone, w których są najważniejsi"). Dysponując tym urzędem Pontifexa Maximusa (najwyższego kapłana) przekręcał on konsekwentnie, od czasu zawarcia tego triumwiratu między nim a Oktawianem Augustem (przyszłym cesarzem) i jeszcze kimś trzecim, lata przestępne (liczył je co 3 lata, a nie co 4, jak chciał Cezar); łac. bissextili — z jednej strony kojarzą się nieco z seksem, ale takim występnym (cudzołóstwo; wspomnę o tym parę akapitów dalej, odnotujmy tu jedynie, że jest taki NOMEN OMEN), a z drugiej dosłownie rzecz biorąc oznaczają "skok", "przeskok". Podobno zaś ojcem Jezusa był niejaki Tyberiusz Iulius Abdes Pantera. Pantera to jego przydomek. Znaleziono nawet w Niemczech (czyli Germanii, świeżym nabytku Rzymian, który ci chcieli zatrzymać na całe wieki dla siebie, zabezpieczyć jako swą własność; nadali nawet, jak gdyby lizusowsko, nazwę Germanicus jednemu z miesięcy, zrobił to Kaligula, ale to się nie przyjęło) nagrobek tego żołnierza, będącego wedle treści nagrobka (oceniając to na podstawie losów jego oddziału wojska) za czasów narodzin Jezusa w Sedonie, czyli wedle apokryfów i nie tylko w tym miejscu, w którym włóczyła się Maryja. To, że dziwnym trafem akurat Pantera, kojarzący się za pośrednictwem odnośnego zwierzaczka z przeskokami, został tym ojcem, podobno, wedle starożytnej tradycji żydowskiej i rzymskiej, byłoby kolejnym przykładem NOMEN OMEN.
Można by twierdzić, że sfałszowano te dane o ojcu Jezusa, ale w takim razie jakim cudem tak ważna — i to akurat dla Nerona, znanego z pierwszego głośnego zainteresowania się chrześcijaństwem (bardzo ważna sprawa podpalenia Rzymu) — była dla Nerona sprawa kalendarza? Zobaczmy, co się stało za Nerona. Podpalił Rzym (liczni historycy starożytni tak twierdzą, jest to główna wersja), nawet pewnie pozwolił tak myśleć, przekazywać kronikarzom do zapisania, ale oficjalnie ogłosił ludowi, że zrobili to chrześcijanie. Kojarzy się to ze sprawą wersji "do rozpowiadania publicznego": "uczniowie wykradli ciało Jezusa". Rzym palił się przez 5,5 dnia, a w praktyce objęło to 6 dni w kalendarzu. "Siódmego dnia zaś Bóg odpoczywał", chciałoby się odpowiedzieć — podobna sprawa — ale w tej historii chodzi tu o kwestię ugaszenia płomienia. "Siódmego dnia pożar ugaszono". W oczywisty sposób kojarzy się to z religią (pochodzenie świata wg Żydów) pokazując, że sprawy religijne były tu nie tylko przypadłością (akcydensem, przypadkowym tłem całej sprawy), ale jej podstawowym "atrybutem", jej w ogóle źródłem; nie byłoby podpalenia Rzymu, gdyby nie te sprawy. Oczywiście mógłby to być przypadek, ale to mało prawdopodobne — liczba dni mogłaby równie dobrze trafić się krótsza lub dłuższa o 1-2 dni, czyli wiele innych opcji "po bokach" tego punktu "6 dni" było na osi także możliwych do trafienia, a trafiono akurat w tę opcję — "a siódmego dnia Bóg odpoczywał". Co więcej, współczesna historiografia podnosi, że Neron rzekomo nie mógłby być świadomie zleceniodawcą podpalenia Rzymu "z przyczyn majątkowych", z powodu jakiegoś małostkowego egoizmu i troski o swe dobra, które przez ten pożar musiał przecież odtwarzać i odtworzył nawet w bardzo podobnym stanie. "Po co więc podpalać". Przeczą tej wersji jego słowa przy umieraniu: "ach, cóż za artysta umiera wraz ze mną!" — mamy tu też najstarszą koncepcję l'art pour l'art. Sztuka kojarzy się z wartościami kulturowymi i cywilizacyjnymi, pieniądz i majątek artysty nie jest tu na pierwszym planie. W dodatku Neron zmarł w bardzo charakterystycznej dacie WSKAZUJĄCEJ NA SPRAWY KALENDARZA. Zmarł 9-6-68 — przypomina to wspomniany wyjątkowy dzień 96-ty roku (6 kwietnia), kiedy to do końca roku pozostaje 269 dni ("drugie sześćdziesiąt dziewięć", dla Rzymian: teraz nie dziewięć dziesiątek i szóstka, tylko sześć dziesiątek i dziewiątka — plus jeszcze dwie setki) — no, chyba że 270, bo rok jest przestępny. 9.6, a rok 68, choć bardzo prosiłby się tutaj rok 69. Dlaczego? "Bo brakuje jedynki". Kto nie dostrzega w tym głębi niech się zastanowi nad skrajnym nieprawdopodobieństwem akurat takiego ustawienia się daty śmierci. Można to też zestawić, zupełnie analogicznie (jak w jakiejś tzw. klamrze historycznej), ze skrajnym nieprawdopodobieństwem odpowiedniego wypadnięcia daty narodzin Jezusa, o czym za chwilę.

Kolejny przykład z czasów Oktawiana to sprawa jego rodziny: żona, potomstwo. Potomstwa nie miał wcale, choć załatwił sobie żonę płodną. Jego wybór; może stosowali kalendarzyk (ludzkość przecież już tyle stuleci w Rzymie przeżyła, że na pewno ktoś tam zdążył się połapać w tych sprawach). Dziecko miał więc w każdym razie od kogo innego: od byłego męża tej żony. To Oktawian zorganizował rozpad małżeństwa Liwii Druzylli, podobno "potrzebował politycznych koneksji Liwiuszów i Klaudiuszów" (informacja z Wikipedii), i to, że następnie sam stał się jej mężem. Tymczasem dziwnym trafem żonę wybrał taką, że od 5 lat była żoną jakiegoś Tyberiusza i nieco tylko później urodził im się syn też imieniem Tyberiusz. Pasuje to na NOMEN OMEN, o czym za chwilę. Oktawian adoptował tego Tyberiusza na swego syna, sam zaś nie miał potomstwa, choć miał płodną żonę. Jest to bardzo znamienne, jeśli wziąć pod uwagę sprawę tego, jak wedle wersji ateistycznej skończyłby najpewniej Jezus — po ukrzyżowaniu, gdy już przestano strzec jego grobu (załóżmy, że to akurat sprawa bezsporna; ewangelie powołują się na to jako fakt bezsporny także wśród Żydów), żołnierze zabrali jego ciało i spalili zapewne niedaleko, bo w tamtych czasach przecież nie jeździło się samochodem (nie wyrzucono by go przecież w lestie, bo zaraz ktoś mógłby znaleźć), po czym pozostałe po takim niezbyt dokładnym spaleniu kości zapewne... wrzucono do rzeki. Istnieje możliwość, że do Tybru (czyli po wcześniejszym przetransportowaniu do Rzymu ciała stanowiącego dowód wypełnienia misji wykradnięcia go z grobu), nie ma to dużego znaczenia, jaka to była rzeka: nikt w Rzymie nie miałby przecież imienia jak jakaś rzeka żydowska, tym niemniej imię wyjątkowo trafne jako potencjalne aluzyjne potwierdzenie tej teorii.
Co ciekawe — wracając tu jeszcze do czasów narodzin Jezusa — po konsekwentnym fałszowaniu lat przestępnych przez najwyższego kapłana Marka Emiliusza Lepidusa — dawnego triumwira po śmierci Cezara i sojusznika Oktawiana — gdy Lepidus zmarł, Oktawian (zapewne sam będąc zleceniodawcą tej sprawy) "zabrał się do naprawy tego, co schrzanili kapłani" (odpowiedzialni za sprawy kalendarza — patrz Wikipedia, artykuł "Kalendarz juliański"). Oktawian przejął dla siebie tytuł najwyższego kapłana i odtąd błąd przy liczeniu bissextili wyszedł na jaw i zdecydowano (w roku bodajże 9 p.n.e.), że w ramach naprawy sytuacji PRZEZ NASTĘPNE 12 LAT NIE BĘDZIE LAT PRZESTĘPNYCH (co za w ogóle nazwa! czy to nie papież jakiś wymyślił? "lata z gwałtem związane", "przestępstwo"...) — TYLKO LATA NIEPRZESTĘPNE. Po to, by zabrać te ileś dni, które przybyły za sprawą błędów urzędnika-kapłana Lepidusa. Oznacza to, że Chrystus, kojarzący się tym Rzymianom zapewne z Panterą-przeskokami, czyli z bissextili, przyszedł na świat właśnie w krótkim 12-letnim czasie naprawy bissextili. "Naprawiania tego, co schrzanili kapłani", za co spektakularnie zabrał się Oktawian.
Kolejny NOMEN OMEN to postać samego Lepidusa. Oprócz bowiem swoistego spektaklu w sprawie jego kariery ("zabrano mu wszystkie urzędy, pozostawiono tylko rolę najwyższego kapłana") — nota bene jak wiadomo Pontifex Maximus musiał zajmować się wszystkimi kultami rozpowszechnionymi na terenie imperium, a nie tylko np. jakimś jednym (czyli Żydów też musiał mieć na głowie) — miał on bardzo trafne nazwisko, pasujące do słynnego cytatu ze Starego i potem Nowego Testamentu. Wówczas jeszcze oczywiście nie przetłumaczonego na łacinę, tylko na Grekę, jako Septuaginta, ale każdy mógłby sobie łatwo wyobrazić te słowa po łacinie — zacytuję za oficjalnym tłumaczeniem, Wulgatą: Lapidem quem reprobaverunt aedificantes hic factus est in caput anguli — "Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym" [o proletariacie? byciu swoistym "trybunem plebejskim"?...]; i dalej: "Stało się to przez Pana: cudem jest w oczach naszych"; z Księgi Psalmów, 118:22-23 — cytowane przez Chrystusa np. w Mt 21:42. Nota bene spójrzmy na bardzo charakterystyczne liczby tutaj, też przypominające spisek — liczba, po czym liczba dwukrotnie większa: zupełnie jak z tym wiekiem Chrystusa 33 lata, w którym umarł, w porównaniu następnie z jakimś mesjanizmem dalej posuniętym — wybuchem powstania w Jerozolimie w roku 66; też są to lata X i 2X, tj. liczba i liczba dwa razy większa; ewangelista wygląda tu, jak gdyby tłumaczył: "jest cud na dole i jest dużo bardziej spektakularny cud na górze" (oczywiście tylko ironicznie, a przy tym na zasadzie aluzji, bo chodzi tu ewidentnie po prostu o spisek polityczny, tym niemniej pokazuje on, że nie wszystkie cuda to był jakiś spisek polityczny i kłamstwo, tylko widocznie — wedle tej wersji — coś też organizowano na dole, np. zapłacono ludziom z pieniędzy Jezusa pozyskanych może od celnika, by mówili: że Łazarz już nie żył, że ktoś tam był ślepy od urodzenia, zanim się nim Chrystus zajął, itd...). Spróbujmy jednakże znaleźć tu jeszcze ważniejsze przesłanie. Jeśli zastanowić się nieco nad tym, co autor miał tutaj na myśli i dlaczego zastosował liczbę, a potem liczbę 2 razy większą (co budzi skojarzenia z wiekiem 33 lata, czyli śmiercią Jezusa, i rokiem A.D. 66 — wybuchem powstania antyrzymskiego), zastosował mianowicie w dosyć "kluczowym" fragmencie, bo kojarzącym się z Lapidesem, to dochodzimy do następujących konkluzji. "Jest coś mniejszego — i coś większego, na czym się bazuje". Zwróćmy przy tym uwagę na nazewnictwo, jakie się dziwnym trafem przyjęło (może właśnie dlatego?) — to są "testamenty". Testament kojarzy się ze śmiercią i z tym, co potem. W tym więc kontekście wychodzi takie oto przesłanie — na temat tego, jak się kończy: "był Jan Chrzciciel i skończył tak, że Herodiada dostała jego głowę na tacy; teraz jest Chrystus i skończył tak, że sam August chciał widzieć jego ciało w Rzymie". Znamienne: tuż obok tego jest fragment z wypowiedzią o tym ("Dlatego powiadam wam"), że "Królestwo Boże będzie wam zabrane i dane narodowi, który wyda jego owoce" (Mt 21:43). Ciało Chrystusa oczywiście bardzo się kojarzy z Królestwem Bożym. W Ewangelii św. Mateusza są i inne takie fragmenty, które sprawiają wrażenie "wkładania czegoś w usta" Chrystusowi. Pasuje na coś takiego fragment 26:26 (cóż za specyficzny dobór cyfr... znowu ta sama memetyka: wskazówka ukryta w liczbach), czyli ustanowienie (NOMEN OMEN, bo słowo to oznacza dosłownie tłumacząc "wspólnota", co pasuje do ludu rzymskiego pijącego wspólną wodę z Tybru) Komunii Św.; nadto fragment czytany 13.9.2020 r. w kościołach (Mt 18:21-27), w którym ewangelista wchodzi na temat liczby 77, po czym zaraz (łącznikiem jest tu, ponownie, podobno u Chrystusa słowo "Dlatego": Mt 18:23) wprowadza element opowieści analogiczny jak w tej o nierządnicy, która obmyła stopy Jezusowi (wystarczy, że ktoś się pokajał, padł Chrystusowi do stóp nawet, już mu wszystko darują...), czyli jak gdyby sam wskazuje na temat "włożenia czegoś w usta". A po co ewangeliście temat liczby 77? Może po to, by chrześcijanie nie zapomnieli, że jest taki symbol żydowski i taka symbolika. Zauważmy przecież, że jeden z Marków Emiliuszy Lepidusów zmarł właśnie w roku 77 p.n.e., tj. zapewne go wtedy zabito (do czego też pasuje akcent z jego danych biograficznych będący jak gdyby aluzją do tego, że to nie samobójstwo: "usiłował zapobiec" uczczeniu Sulli honorowym pogrzebem). Wreszcie, pomysłem cesarskim jest też pewnie sama opowieść o nierządnicy, pojawiająca się u Jana (J 8:3-11), ponieważ usługa obmycia stóp kojarzy się (w przypadku nierządnicy) właśnie z wkładaniem czegoś w usta, co pasuje na analogię wciskania komuś słów, których nie powiedział. Zwraca też ten fragment naszą uwagę na to, że i w czasach rzymskich znane były zapewne prostytutki uprawiające seks oralny — a zatem koncepcja takiego seksu jest raczej starożytna.
To nie wszystko, ponieważ wkrótce, w ramach kontynuacji NOMEN OMENU, wykreowano kolejnego Marka Emiliusza Lepidusa (dokładnie te same personalia! cóż za rzadka sprawa) — tym razem jako męża Julii Druzylli (zwróćmy uwagę na kolejne udane trafienie: powtarza się tu to samo nazwisko kobiety, choć przy innym imieniu, co powyżej w sprawie załatwienia sobie Tyberiusza na następcę). Kierunkuje to naszą uwagę na związek pomiędzy 2 ww. faktami: faktem dobrania sobie żony z dzieckiem o imieniu Tyberiusz i faktem przekrętów w kalendarzu. Wszystko to jest skrajnie nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności, jeśli wyjaśniać to tylko jako losową sprawę, a nie celowy spisek.

Prezentowałoby to więc chrześcijaństwo jako poniekąd skutek odgórnych rzymskich planów w dynastii julijsko-klaudyjskiej, w tym zwłaszcza u Oktawiana (ale pomocni i przychylni byli też pewnie w tej dynastii i później, choć pod pozorem "szkodzenia" mu).
Pozwala to, swoją drogą, obalić argument przeciwko ojcostwu Iuliusa Abdesa Pantery, który to argument historiografów przytacza Wikipedia na https://pl.wikipedia.org/wiki/Tyberiusz_Juliusz_Abdes_Pantera ("nie będąc na pewno z prawego łoża nie byłby stawiany przed Sanhedrynem") — co to w ogóle za problem, skoro polecenia idą z samej góry? Cesarz chce, to i Żydzi chcą, "bo lepiej, żeby zginął jeden człowiek niż żeby miał zginąć cały naród".
Widzimy tu zarazem kolejny przejaw NOMEN OMENU — pierwsze imię ww. rzymskiego legionisty (cóż to za, znowu, trafny dobór) to... Tyberiusz. Nieważne, że Tyberiuszy trochę było — myślę, że mniej niż dziś np. osób o imieniu Kamil. Czasem się takie spotyka, ale przecież mimo wszystko zbieg okoliczności w sprawach kluczowych jest mało, zdecydowanie mało prawdopodobny.

Na tle tych bissextili (zauważmy: "bi-sex", "podwójny seks" kojarzy się też z cudzołóstwem, zaś przydomek cesarski August u ówcześnie panującego Oktawiana — ze szlachetnym pochodzeniem) powstała prawdopodobnie koncepcja, by Polak Sienkiewicz napisał Quo vadis z jego sławetną końcową wypowiedzią "Gdy ty opuszczasz mój lud, idę, by mnie ukrzyżowano PO RAZ WTÓRY" — w powieści lokowanej w czasach rzymskich i przedstawiającej ówczesne obyczaje na tle spraw politycznych. W tym kontekście propozycja Polaka brzmiała trochę jak pogróżka pod adresem chrześcijaństwa, co mogłoby być przez kogoś odebrane jak forma nacisku na komitet noblowski, choć oczywiście raczej było z tym trochę inaczej, bo nikt generalnie nie znałby sam z siebie tej sprawy; nawet przeczytawszy rzymskich historyków, kroniki nie zauważyłby tego. Prawdopodobnie po prostu od papieża przyszła rada, by ten coś takiego napisał, w efekcie czego następnie dostał Nobla, czego pewnie nawet już z góry się w związku z tą radą spodziewał (inaczej pewnie nie chciałoby się Sienkiewiczowi aż wysilać na napisanie czegoś na ten temat). Podobnie jest bodajże ze sprawą obecnej noblistki autorki książki Bieguni (brzmi jak Biskupi — ta sama alfa i omega, pierwsza i ostatnia litera) Tokarczuk, której nazwisko odpowiada nazwisku biskupa Ignacego Tokarczuka (IT = Informatyka, tak po angielsku, jest to skrót od Information Technology), czyli biskupa IT, "biskupa informatyków" (tych z dręczącego mnie i chyba też mordującego ośrodka podobno TVP 3 Warszawa): ten stylizowany na "kryminalnego przywódcę" biskup zmarł w "dniu koronacji" (29 grudnia — dzień po narodzinach mego ojca, gdy urodził się mój martwy braciszek Tomaszek, co kojarzy się też z niewierzącym-niewiernym Tomaszem, czyli w dzień tzw. noweli grudniowej — polski orzeł odzyskał koronę), a pogrzeb ("ostateczny koniec" swej "ziemskiej wędrówki") miał w urodziny mej matki (2.01) — symbol naprawy Polski? — oczywiście tylko co do dnia kalendarza, bo rok tego był inny, chyba jakiś powiązany z torturą (może 2013?). Pokazuje to też determinację "grupy watykańskiej": dopóki siłą się jej nie wysadzi z siodła, np. przez wygrane wybory, dopóty nie ma co liczyć na koniec znęcania się i zabijania podobno właśnie w ośrodku telewizyjnym i m. in. przez głośno tam gadających informatyków organizowanego. Temat ten jest też chyba w tle powieści Mistrz i Małgorzata, do której pasuje z uwagi na przeplatanie się tych motywów rzymskich początków chrześcijaństwa z jakimiś tematami bajkowymi (baśniowe postaci), kojarzącymi się z kolei z tematem nieba czy z przepowiedniami końca świata. Również i ta książka, jak wiadomo, zyskała sobie światową sławę, a właściwie to ją jej załatwiono poprzez reklamę. Też pewnie z jakiejś inspiracji papieża, bo ludzie by sami z siebie tego zapewne nawet nie zauważyli. Dopiero w dobie Internetu poszczególne informacje (jak np. te znalezione przeze mnie o 2 Lepidusach) są na wyciągnięcie ręki i można w odstępie pojedynczych minut skakać po tematach i wiązać wszystko ze sobą.

Dodatkowym dowodem na poparcie nieprzypadkowości wspomnianego złego liczenia lat i, w konsekwencji, wprowadzenia "okresu poprawiania się przez Rzym" jest to, że gdyby miał to być przypadek (a nie jakieś zrządzenie opatrznościowe, tyle, że to raczej diabelskie, bo na rzecz niewiary przemawiające, w obliczu tego całego też kontekstu...), to byłoby przecież skrajnie nieprawdopodobne, że przypadek ten zdarzył się akurat wtedy, gdy Żydom wedle jakichś starych przepowiedni chyba z Pisma Świętego nastawał czas nadejścia Mesjasza — o czym wiedzieli ich kapłani (natomiast zwykli ludzie, jak np. Maryja, nie). Było to tam wprawdzie nie podane wprost, co do roku, ale były jakieś przepowiednie, przy pomocy których można było to szacować, np. na zasadzie liczby pokoleń do przodu. Nie pamiętam już tego; kiedyś chyba słyszałem o tym w telewizji. Przypadkowo to się pewnie nie zbiegło w czasie, lecz celowo, tj. z uwagi na przyświecającą temu myśl. Inne wytłumaczenie byłoby bardzo nieprawdopodobne.
Zresztą także i rzut oka na nauki Jezusa, na to, co w nich nowe, przemawia na rzecz wersji o koronawirusie. Teorematy centralne tej doktryny to nauki o Ojcu, o Królestwie oraz o miłowaniu nieprzyjaciół. Wcześniej to niezbyt było obecne. A zatem bardzo możliwe, że małego Jezusa uczono, że "jego ojciec ma potężne królestwo", "ojciec ten jest w niebie". Pasuje to do pochodzenia na poły z rzymskiego legionisty, co szłoby też w parze z podwójną (samą w sobie skrajnie nieprawdopodobną) symboliką siódemki, która dziwnym trafem łączy ze sobą Rzym i Judeę — którą wyzyskano np. przy "ratowaniu" chrześcijaństwa w roku 70.

Tymczasem zaś spotykamy tu jeszcze kolejne przykłady NOMEN OMEN, w zupełnie odległych czasach, a mianowicie — gdy odniesiemy to do obecnego spisku co do koronawirusa. Nie tylko ustawiono u Ala Chorezmiego, w Bizancjum, czyli u spadkobierców cesarzy rzymskich, sprawę cyfr 6 i 9, ale też ustawiono nazwę słynnej choroby — wirus nazywa się grypa. Pasuje to do Agrypiny — zarówno Agrypiny Młodszej, jak i jej matki: Agrypiny Starszej — które bezpośrednio mogły już być łącznikami między Neronem a Tyberiuszem (za czasów którego Jezus zmarł, został pochowany i następnie, jak rozpowiadano, znaleziono pusty grób, przy czym, co bardzo znamienne i dziwaczne, "nie bójcie się o siebie, wy strażnicy — pogadamy z namiestnikiem i wybawi was z kłopotów, choć sam was tu postawił, żeby do tego właśnie nie doszło"). A zatem: grypa, Agrypina ("ta, co nie choruje na grypę"; np. teraz podobno w Warszawie mają być szczepienia masowe przeciwko grypie, fundowane przez miasto), po czym teraz koronawirus. Franciszek na liście przyszłych papieży wg św. Malachiasza jest ostatni, pasowałoby to więc na klamrę historyczną — "zakończyło się koronawirusem". Jest na tej liście jako Piotr Rzymianin, co pasuje do tego, że jego matka jest Włoszką, a z drugiej strony wiąże się on też ze mną Piotrem Niżyńskim z uwagi na to, że został jezuitą zapewne za radą tych, co mu mówili, że zostanie wtedy papieżem, gdyż jezuici powstali bullą Militantis Ecclesiae w moje urodziny + 2 dni (25.9.1540). Z (przybranego, wybranego przez rodziców) imienia Piotr, z pochodzenia (nazwiska) "Rzymianin", tj. Włoch — oto Franciszek, ot więc i jego klamra historyczna. Są też ślady wskazujące na to, że koronawirusa planowano już za Jana Pawła II, ale o tym już tylko na xp.pl.

Jednakże, jeśli ktoś woli, to istnieje też oczywiście znacznie spłycona i prymitywniejsza teoria co do genezy Nomen Omenu — wywodząca go dopiero z XIX w. (bo też wcześniej mało było jego przejawów), ze spisku mnie dotyczącego: "o onanizowaniu się to jest", co pasuje do nazw miejscowości polskich dla mnie pomyślanych: Wieliszew ("wielka sprawa?"), Łajski ("to są i ułaskawienia! łaski"), Skrzeszew ("skrzy się" — iskry od napięcia w betonie; tutaj przejawia się kwestia planów co do dręczenia dźwiękiem podprogowym, rysująca się już od czasów Paine'a, a potem Goethego), Krubin (gdzie zrobiono też straż pożarną; "król binarny").
Wywodowi temu przeczą jednak sporadyczne przypadki stosowania nomen omenu także już wcześniej, przed XIX w., np. dobór Netschera na malarza Huygensa (to ten fizyk, najsłynniejszy z XVII-wiecznych, który badał odległości w Kosmosie i jego pustkę, choć metodą gorszą od Cassiniego), co pozwoliło wykorzystać to jako swoisty symboliczny pierwowzór Nietzschego ("pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie"), czy, jeszcze wcześniej, sprawa tego, że wielkim ośrodkiem polskiej religijności jest "Jasna Góra — Częstochowa". Częstochowa to może i faktycznie od rycerza Częstocha pochodzi, ale nazwę Jasnej Górze to już raczej paulini nadali albo w każdym razie papież. Również i to można by prymitywnie tłumaczyć sprawą onanizmu, który to właśnie w zakonach np. się szerzył i to stamtąd nawet znane są informacje o tym, że jest taki grzech, tj. tematem wstydzenia się tego grzechu na spowiedziach ("jasna góra — symbol papieża"), ale dużo głębsze i zapewne prawdziwsze oryginalne znaczenie dotyczy po prostu nieba. "Często jest jakieś takie... może nie zamknięte, bo to złe słowo... schowane" — symbol fundamentalnego ośrodka polskiej wiary katolickiej. To też taki nomen omen, tym razem z wieku bodajże XII. Nieco tylko wcześniej, bo w X w., na Lateranie dochodziło u papieża do orgii gejowskich (zaś w XV-XVI w. jak pamiętamy byli papieże z dziećmi, zepsucie, z kolei za Paschalisa I w pierwszym tysiącleciu ludziom więzionym w lochach na jego polecenie — jako "zwolennika rządów twardej ręki" — wyłupywano oczy...). Toteż pewne wątpliwości i na ich tle nomen omen to w papiestwie bardzo stara sprawa. Jeszcze jednym przykładem — choć tym razem szczególnie łatwo można by spekulować, że to nie od papieża pochodzącym (tym niemniej w sumie czemu nie, skoro to u papieża było najwięcej analiz w tym temacie i potencjalnie najwięcej dostępnych dowodów) — jest, co do zjawiska NOMEN OMEN, to, że po roku 1300 (która to liczba jest istotna i nawet kluczowa z punktu widzenia planów co do papieża, który ma umrzeć w roku 2005, tj., jak teraz wiemy, Jana Pawła II) angielskie słowo "cloud" zaczęło nabierać nowego znaczenia: zaczęto je stosować w znaczeniu "chmura". Wcześniej zaś oznaczało jedynie masę skalną — bynajmniej nie odnoszono go do nieba. Pasuje to na wciskanie rzymskiemu cesarzowi Klaudiuszowi, że jego imię pochodzi od "chmurowatego", tj. wierzącego w bajeczne Królestwo Niebieskie, chrześcijaństwa.

Wracając tu jeszcze na chwilę do koronawirusowej koncepcji pochodzenia chrześcijaństwa można tu jeszcze wskazać, co następuje:
Poprzednie podejścia do teorii o piekle też pochodziły od pojedynczej charyzmatycznej postaci — patrz np. Zaratustra.
Także i dziś teoria o piekle — zresztą jeśli ufać ewangeliom, też przez Chrystusa najwyraźniej rozumianym jako miejsce w przestrzeni, mianowicie u dołu (patrz np. słowa do Kafarnaum) — jest jedną z najmniej popularnych nauk religii katolickiej; nie jest wytworem powszechnych pragnień ludzkości; może to po to wylansowano Hitlera i Himmlera, by następnie było kogo do tego piekła wysyłać, by więc w ogóle miała ta teoria jakąkolwiek siłę przyciągającą, skoro przecież sama z siebie co do zasady jest kompletnie nielubiana.
W każdym więc razie może po prostu odkryto potencjał tkwiący w żydowskiej koncepcji nadejścia Mesjasza; przekształcono ją tak, by był to Mesjasz wzywający do życia życiem pośmiertnym, a nie polityką i karierą (a to z uwagi na wolę zapewnienia rzymskiej władzy jak największej trwałości); w szczególności, skonsolidowano plebs oraz klasę średnią wokół wartości moralnych i przyznano im dodatkową pośmiertną wiekuistą sankcję, po prostu wedle odgórnego zamysłu. Taką teorię można by wysnuć i zaproponować na podstawie powyższych danych, choć to oczywiście teoria tylko dla niewierzących.

UWAGA:
Odnosząc się do wzmiankowanej wyżej kilkakrotnie kwestii wyjątkowości lat 66 i 70 oraz daty śmierci Nerona (i ich ukrytej symboliki) chciałbym tu podkreślić, że istnieje ona oczywiście wyłącznie dzięki teorii, że Jezus żył 33 lata. Teoria ta jest mocno reklamowana przez rząd od czasów wczesnego chrześcijaństwa w I w n. e. Nie jest to natomiast oczywiście pokłosie żadnych właściwości kalendarza, związanych z samym rokiem narodzin Chrystusa, ten bowiem był w ogóle nieco niejasny (wedle bowiem wersji koronawirusowej nie ma przecież pewności, czy wysłany w tej sprawie żołnierz nie nakłamał — sprawa opiera się przecież zaledwie na pojedynczym świadku, tym o przydomku Pantera, natomiast najprawdopodobniej uczniowie nie byli od tego, by wypytywać Jezusa o jego wiek i może nawet się o to nie postarali), zaś wszystko wskazuje na to, że żył on dłużej niż 33 lata. Chodzi tu zatem jedynie o pewną legendę; historycznie prawdziwy i dużo lepiej poświadczony jest jedynie rok końcowy (rok śmierci), który miał przypaść na 33 n.e. Niedokładność, za wczesne narodziny byłyby też racjonalne z punktu widzenia interesu Rzymian, stojących za tym hipotetycznym spiskiem, ponieważ o ile wiek 33 lata jest idealny (podobnie jak rozbicie go na 2 części: 30 lat początkowych + 3 lata nauczania) — raz, że ładnie wygląda (XXXIII — bardzo to też symboliczne, 3 iksy i 3 pałeczki, ponadto pozwala na efekt w postaci roku 66, czyli VI dziesiątek i VI, czyli dwa zwycięstwa), a dwa, że np. gdyby było mniej lat nauczania, ogólnie więc gdyby ta długość życia była mniejsza, to groziłoby coś takiego, że ledwo zaczął nauczać, już trzeba go zabić (gdyż rok 33 n.e. był zafiksowany, tj. ustalony na stałe jako pożądany, z uwagi na to, że wówczas w święto Paschy, przypadające na pierwszą wiosenną pełnię księżyca, było zaćmienie księżyca, co wykorzystano przy krzyżowaniu i co zrelacjonował jeden z ewangelistów: "księżyc zakrył się krwią", a obecny tam setnik nawrócił się na chrześcijaństwo) — powtórzmy, o ile wiek 33 lata jest idealny, to przecież w życiu rzadko zdarza się, że wszystko idzie idealnie tak, jak byśmy chcieli. Wiele zależy też od przypadku, ponadto od cudzych decyzji. Toteż należało wziąć na to poprawkę i dodać czas "buforowy", zabezpieczający to, że w każdym razie w roku oznaczanym dziś jako 33 n.e. sprawa będzie już na tyle zaawansowana, że Jezusa będzie można krzyżować. I to właśnie ten czas buforowy odpowiada (czy odpowiadałby) za to, że faktycznie, jak to się dziś przyjmuje w nauce, Jezus urodził się kilka lat p.n.e. Tym niemniej bardzo lansowano teorię o śmierci w wieku 33 lat, co wywodzi się z Biblii następująco. Ewangelia św. Łukasza podaje (Łk 3:23), że Jezus zaczął nauczanie w roku 28 n.e. (tj. "15-tym roku cesarza Tyberiusza") W WIEKU OKOŁO 30 LAT, zaś Ewangelia św. Jana (J 2:13; J 6:4; J 11:55 i dalej 12:1, 13:1, 18:28-39, 19:14) opisując po kolei jego nauczanie omawia 3 kolejne (doroczne przecież) Paschy, z których ostatnia związana jest z jego śmiercią. Pytanie więc, czy Rzymianie mogli wiedzieć, że Jezusowi przypisywany będzie wiek 33 lata. Pytanie to, w świetle pokazanego incydentu z ewangelią Mateusza, a także incydentu z datą śmierci Nerona zapisaną w erze chrześcijańskiej (strasznie ona nieprawdopodobna, jeśli jest losowa, bo idealnie pasuje na głęboką poszlakę potwierdzającą spisek) jest nieco retoryczne, tym bardziej, że u Mateusza widać nawiązanie do lat 33-66 przy okazji nawiązywania też do "małego mesjanizmu i wielkiego mesjanizmu", Jana Chrzciciela i Chrystusa oraz do Starego Testamentu i Nowego Testamentu (cóż za nazwy... "testament" — to, co dotyczy śmierci i tego, co po niej!); przypominam bowiem o fragmencie Mt 21:42 (liczba i liczba dwa razy większa; z cytatu pasującego do sprawy Lepidusów zrobiono najważniejszy cytat, odpowiadający co do konfiguracji liczb przepowiedni Mesjasza z Księgi Izajasza: Iz 7,14, por. Mt 1:23). Skoro zgodzimy się, że Mateusz (zapewne celnik) był jakimś agentem-reporterem cesarskim, najpierw jako zapewne świadek, potem jako ewangelista, to uprawdopodabnia się to, że rok 66 to rezultat spisku, w wyniku czego również św. Jan (autor apokalipsy, a pewnie i ewangelii) powinien być, konsekwentnie, uznany za agenta cesarskiego i reportera stamtąd pochodzącego. Skoro tak, to już pierwsze źródło teorii o wieku 33 lat się potwierdza: bo jest nim właśnie ewangelia św. Jana i jej zapisy na temat 3 Pasch (świąt żydowskich), na przestrzeni całego nauczania Chrystusa. Natomiast teoria o tym, że zaczął nauczać w wieku lat ok. 30, która dopełnia powyższe, pochodzi z ewangelii Łukasza i jest to może nawet pi razy oko prawda, tyle, że i tak św. Jan pisał swą ewangelię jako ostatni, pomógł więc przy jej pomocy ustalić idealny i estetyczny wiek Chrystusa w chwili śmierci: "33 lata". Zupełnie na marginesie można tu dodać, że ukrzyżowanie Jezusa rzeczywiście miało miejsce w roku oznaczanym dziś (jakże trafnie) jako 33 n.e., a w każdym razie jest to jedyny rok spójny z wszystkimi przekazami nowotestamentowymi. Natomiast każdy inny rok ma jakąś niespójność, sprzeczność z tymi przekazami. Chodzi tu m. in. o fakt ukrzyżowania pod rządami Piłata (maks. rok 36 n.e.), a po chrzcie janowym (min. rok 28 n.e.), a nawet istotnie po nim, bo jest jeszcze czas, który trzeba zarezerwować na nauczanie, plasujący się między chrztem a ukrzyżowaniem (wychodzi więc min. rok 30 n.e.), przy czym dodatkowo przed nawróceniem św. Pawła (w roku 34 n.e. było już dokonane, a dotyczyło przecież Chrystusa już ukrzyżowanego, czyli wychodzi maks. rok 33), zaś dzień po ukrzyżowaniu podobno była sobota i jednocześnie św. Paschy, co sprawia, że lata 31-32 n.e. nie wchodzą w grę, zostają tylko lata 30 i 33, z których ten oznaczony dziś jako 33 n.e. istotnie ma tę własność, że było zaćmienie. Informacje te można znaleźć w artykułach prasowych dostępnych w Internecie: "Czy to był piątek 3 kwietnia 33 roku? Kiedy umarł Chrystus?" (Newsweek) i "Pomyłka w kalendarzu kościelnym? Kiedy ukrzyżowano Jezusa?" (Fakt). Pytanie tylko, skąd mógł to wiedzieć VI-wieczny zakonnik, który ustalał początek naszej ery. Astronomii to on na pewno nie miał tak dobrze opanowanej, by wyliczać daty zaćmień; nawet w przypadku Rzymian kogoś mogłaby nieco zadziwiać taka biegłość, wzbudzając pewną nieufność. Jest to w każdym razie w przypadku Dionizjusza (tego od wprowadzenia Anno Domini i początku naszej ery) zupełnie niesłychany zbieg okoliczności (tym bardziej, że powołuje się on jako na źródło na zgoła inną metodę wyliczenia, tj. na wykaz świąt Paschy, tyle, że w swym wyliczeniu zrobił błąd, a błąd to powinna być sprawa przypadkowa, więc już zupełnie niezrozumiałe jest, jakim cudem doszedł do tak idealnie trafnego wyniku, jak to, że Chrystus "zmarł najprawdopodobniej w roku 33 n.e.", co wynika z jego obliczeń i z powszechnego mniemania). Jako przypadek jest to zatem straszne dziwaczne, natomiast można spodziewać się (najprawdopodobniejsze wytłumaczenie), że posłużył się on tajnym dokumentem rzymskim, do którego bardzo nie chciano się przyznać, a który wskazywał dokładnie rok ukrzyżowania Jezusa. Miał on zatem charakter kronikarski. Mogłaby to być np. jakaś kartka z annałów albo fragment listu cesarskiego lub jakiejś książki historycznej czy polemicznej. Jeśli tak, to z okoliczności tych wynika — co by też wydawało się naturalne i zrozumiałe — że w tym samym dokumencie podano dodatkowe bardzo wstydliwe szczegóły (i pewnie z tego powodu został on zaraz po odkryciu spalony). Na przykład napisano tak: "W roku 20 panowania cesarza Tyberiusza" (zobaczmy, jaka tu trafność numerologiczna! dwie dziesiątki!... pamiętajmy, że dwie setki dodawano przy "kalendarzowym" końcu życia Nerona, czyli w związku z datą 9.6.68, bo jest coś takiego, jak 96-ty dzień roku, do końca roku pozostało 69 dni plus jeszcze 200... przypomina to też sprawę "dwóch zwycięstw", VI VI, czyli liczby 66 jako roku wybuchu powstania, a nadto sytuację, jaką zorganizowano, że rok założenia Rzymu, czyli pierwszy rok dawnego kalendarza, wedle "chrystusowej numeracji" ma setek 7, dziesiątek 5, a nadto 3 jedności, czyli te ilości zmniejszają się po kolei o 2 — może to też symbolizować "liczenie z pominięciem piątek [V]", tj. przeskakiwanie rzędami wielkości od 1 do 10, potem do 100, wbrew tradycji rzymskiej, a za to tak, jak u Hindusów, a ponadto symbolizować temat "Bóg, po czym od tego się wszystko stacza"); powtórzmy ten spodziewany hipotetyczny zapis, na który najprawdopodobniej natrafiono: "W roku 20 panowania cesarza Tyberiusza ukrzyżowano Jezusa, syna Pantery, żydowskiego nauczyciela uważającego się za Syna Bożego, a jego ciało wywieziono do Rzymu i przekazano cesarzowi, który zdecydował się je spalić i szczątki wrzucić do Tybru". Bez istnienia takiego dokumentu nie sposób wyjaśnić trafności, z jaką na rok 33 n.e. rzeczywiście będący najwyraźniej rokiem ukrzyżowania wskazał VI-wieczny mnich Dionizjusz Mały (nota bene czy to nie stąd, od personaliów tego zakonnika wskazujących na temat kalendarza, wpojone "zamiłowanie" Nietzschego do postaci Dionizosa, być może przekazem podprogowym wywołane? i czy to nie aby nawiązanie do wielkiej nadziei apologetów: "zawsze można się wykręcić od tych wniosków wskazując na to, że kalendarz był bynajmniej nie ustalony" — co jest nonsensownym wykrętem, bo sprawa lat 66 i 70 nie jest tutaj powyżej bynajmniej tak istotna; zauważmy, że Nietzsche pisał tak, by koniec końców wskazując na wiele prawdziwych tez mimo wszystko pozostawić pole do wybronienia się przez chrześcijańską teologię, np. stawiał głównie na temat wolnej woli i jeśli już, to o nim pisał, a o innym dużo ważniejszym temacie nieba prawie że nic). Co ciekawe, skoro dodawanie dwójki pochodzi z czasów rzymskich, to i z tego czasu pochodzi koncepcja jakiegoś "najwyższego kapłana" przyszłości, co dziś nazwalibyśmy polskim papieżem albo po prostu Janem Pawłem II, jako umierającego w bardzo specyficznym dniu. Teoria ta — pozornie nowa, mnie natomiast za pośrednictwem swych memów 13-ki oraz dodawania dwójki datująca się jak dotąd co najmniej na renesans — się dodatkowo potwierdza, o czym za chwilę. 2 2 2003 — plus jeszcze 2 miesiące i 2 lata — to ten dzień, tyle, że pozycyjnego systemu liczbowego wtedy jeszcze nie było, ale Rzymianie mogli o nim słyszeć, bo był stosowany w Indiach. Skoro zaś nawet Syria była w imperium, to i o Indiach za pośrednictwem sprawy jakichś szlaków handlowych mogli tam słyszeć (zwłaszcza zaś na najwyższym szczeblu, gdzie spływają wszystkie największe znalezione ciekawostki). Data ta ma to do siebie, że dzień 1300-ny od końca to dzień 11.9 (w roku 2001 — tj. data zamachów na WTC i Pentagon), taki, że dodając do niego dwa miesiące osiąga się bardzo okrągłą datę 11.11. W dodatku 11-ka jest od 13-ki odległa o 2, co dodatkowo idealnie wpisuje się w ten haczyk kalendarzowy. Co jest niezwykłego w dacie 222003? Otóż to, że te dwa zera w środku pasują na znak mnożenia — wówczas wychodzi 222×3, czyli 666. Pikanterii dodaje sprawie temat pochodzenia znaku mnożenia. Jeśli chodzi o kropkę iloczynową (taką środkową, na poziomie środka wiersza tekstu), pierwotnie stosowaną jako znak do oddzielania wyrazów, to dziwnym trafem weszła ona w użycie nie kiedy indziej, a właśnie w okolicach pierwszego półwiecza chrześcijaństwa (druga połowa I w n.e.). Jest to chyba bardzo znamienne, zważywszy na to, że jak pokazałem powtarza się tu mem dodawania dwójki. Ponadto, co jeszcze ciekawsze, po raz pierwszy w książce zastosowano znak X jako znak mnożenia w roku... 1618 (William Oughtred, w dodatku do książki Johna Napiera Mirifici Logarithmorum Canonis Descriptio) — mamy tu po kolei w numerze roku 16-kę i 18-kę, czyli wspomniane 2 liczby kluczowe w kwestii polskiego papieża, a oddzielone o 2 i oparte też generalnie, jak cała ta data 2.4.2005 (w porównaniu ze "źródłowym 666": 2.2.2003), na koncepcji dodawania dwójki. Dodano do nich jednak 5, co kojarzy się z 5-ym przykazaniem, a zatem jak gdyby zasugerowano: "bardzo fajne odkrycie, ale w tle jest temat sprawy tego, co z zabitym Chrystusem... koronawirusowego pochodzenia chrześcijaństwa" (trochę też jest w tym pewnie przypadku, że akurat były czasy, że pisano książki naukowe). Zauważmy, że dodawanie piątki występuje też w dacie śmierci Piotra z Bajt Ras. Mianowicie jest to... 13 stycznia 715 roku, co w kalendarzu prejuliańskim-starorzymskim zapisano by cyframi arabskimi jako 13.11.715 (bo pierwszy był marzec). Widzimy tu te 2 wspomniane liczby 13 i 11, a także taką to cechę, że (o ile przyznamy, że 13-ka jest symbolem pecha, bo wynikła tutaj z obliczeń tak trochę przypadkowo, choć się pewnie starano o coś takiego) jest to data "pechowy August plus zabijanie" (tj. plus 5 — mianowicie miesięcy). August, czyli cesarz Oktawian, ma swój miesiąc sierpień, oznaczany tu jako 13.6 (bo kalendarz starorzymski zaczyna się od marca). Do daty 13.6 ("pechowy August") dodając 5 miesięcy (jak symbol V przykazania: "Nie zabijaj") uzyskuje się 13.11 (w juliańskim: 13.1), czyli właśnie 13. stycznia — w roku 715. Jest to data ukrzyżowania ww. męczennika z kraju arabskiego. Fakt, że miał on na imię Piotr, sugeruje, że w tle były zakulisowe kontakty filozoficzno-religijne między papieżem a przywódcami muzułmańskimi (którymi można też tłumaczyć datę hidżry Mahometa: 25.9, jako drugi ciąg z tej rodziny, w której pierwszym jest 13.6, oraz cyfry arabskie Ala z Chorezmu, z ich specyficzną cechą w postaci odwrotnego wyglądu cyfr 6 i 9 związanych z Neronem i z właściwościami kalendarza — jak również kojarzących się nieco z seksem oralnym, co pasuje do tematu tego, że w słowie "bissextili" w środku występuje jakiś seks). Pokazuje to zresztą, że temat "koronawirusowego" (tj. cesarskiego — od rzymskiego pontifexa maximusa w osobie Oktawiana i potem Tyberiusza) pochodzenia chrześcijaństwa prawdopodobnie trwał w najwyższych kręgach przez bardzo wiele wieków.

UWAGA(!) — DOWODY SPISKU ZAŁOŻYCIELSKIEGO CHRZEŚCIJAŃSTWA?
Podsumowując całokształt informacji z tego fragmentu mego raportu chciałbym tu wskazać, że najważniejsze jest oczywiście w nim to, co przypada na czas przed początkiem chrześcijaństwa, czyli okolice narodzin Chrystusa — a nie to, co już sporo po nich zdziałano. To, co po śmierci Chrystusa, gdy chrześcijaństwo już się szerzyło, mogło oczywiście zostać złośliwie zmanipulowane. Zawsze jest taka możliwość. Do tego więc zaliczają się tematy lat 66 i 70 oraz temat personaliów ojca Chrystusa, jakim miałby być Pantera, potem nawet rozwinięte do Tyberiusz Iulius Abdes Pantera. Te wszystkie tematy urzeczywistniły się czy też zostały poświadczone na tyle późno, że nie nadają się na to, co pierwotnie w ogóle może prowadzić do przeświadczenia o wspomnianym "koronawirusowym" pochodzeniu chrześcijaństwa. One co najwyżej ex post mogą utwierdzać w przekonaniu, że odnośna wersja historii była konsekwentnie lansowana przez starożytnych Rzymian w ramach ich aluzyjnego postępowania i "mrugania okiem" — i że nie chodzi tu bynajmniej o pojedynczego cesarza. Są to więc dowody drugiego sortu. Natomiast zwracam tu uwagę na następujące 4 kwestie z czasów autentycznie przedchrześcijańskich, krótko poprzedzających czasy chrześcijańskie: Do tych 4 kwestii dochodzi też (1) wskazówka ewangeliczna, bo sytuacja w rodzaju "my sobie pogadamy z namiestnikiem i wybawimy was z kłopotów" (o zaginionym ciele Chrystusa i o tym, co Żydzi chcieli podobno, by rozpowiadano) jest skrajnie nieprawdopodobna (co to za standard kolegowania się z namiestnikiem rzymskim, że wolno odgórne rozkazy lekceważyć i przegrywać na tym tle sprawę, i być nieudacznikiem) i jest ona nie do wyobrażenia w normalnych okolicznościach, Rzymianie musieliby być przysłowiowymi "d...mi wołowymi" w dziedzinie administracji, by tak do tego podchodzić, do kwestii odpowiedzialności, która jest przecież fundamentalna w dobrym zarządzaniu. Tym bardziej, że sprawa jak widać okazała się istotna. Dochodzi tu też (2) kwestia wytkniętego przeze mnie przekrętu przy pisaniu jednej z ewangelii (przy okazji ww. cytatu o kamieniu węgielnym; chodzi mi tu nie tylko o liczby, ale też o następstwo "taki wers po takim wersie"), w tym ogólnie w takim razie też kwestia pochodzenia postaci Mateusza, co wskazuje na koronawirusowe pochodzenie też samych ewangelistów, wzmagając przez to wrażenie spisku cesarskiego w samym chrześcijaństwie i jego genezie (po prostu Mateusz-ewangelista może rzeczywiście był tym Mateuszem-celnikiem i ogólnie stąd się wzięła przynajmniej część uczniów, że cesarz chciał swoistych "dziennikarzy" przy tej sprawie).
Koniec końców dowody te, jeśli ufać źródłom, wskazują na spisek w celu utworzenia nowej religii opartej na oszustwie.


Co się tyczy planu co do papieża (czy pontifex maximusa) roku 2000 i tego, że po 2000 lat "może wreszcie" zacznie się u pontifex maximusów odważniejsze okazywanie tego, że się w chrześcijaństwo nie wierzy, to autentycznie ma on najwyraźniej korzenie w starożytnym Rzymie czasów aż nawet przedchrześcijańskich. Zaś nośnikiem tej tradycji (wyznaczającej swoisty "najwyższy czas" dla chrześcijaństwa) był zapewne dokument znany kolejnym cesarzom (dobrano np. specjalnie rok edyktu mediolańskiego, co wskazuje, że dokument informacyjny musiał być na wierzchu, bo w takim roku mogło to w sumie trafić już na jakąkolwiek osobę, zorientowaną lub nie, z jakiejkolwiek dynastii, zaś sprawy sprzed 400 lat i wszystkie te ślady przygotowań wiążące to w jeden temat mogłyby łatwo być niedostrzeżone, ujść uwadze). Idąc tym tropem dochodzi się też do jasności co do spraw współcześnie obserwowanych. Przykładowo, czas wybuchu afery koronawirusowej w mediach (i związanego z tym zapewne masowego zabijania na całym świecie, jak również wchodzenia przez spikerów na temat "religii jako koronawirusa"), czyli rok 2020 — przy czym zauważmy, że epidemii koronawirusa w ogóle nie ma, a temat nadaje się jedynie na nawiązanie do spraw religijnych (w sensie: "z samej góry idzie sprawa", "koronny, główny koronawirus umysłu") — wziął się stąd, że zarówno data śmierci Nerona, jak i polskiego papieża, powstaje przez dodanie dwóch dwójek na dwóch pozycjach, przy czym szczególnie pasuje tu wzorek 202 (jak zaraz pokażę). U Nerona do 9.6.68 (96+68) trzeba jeszcze dodać 200 i 2 (w sumie 202), by była to "długość roku przestępnego"; a zatem przez wzgląd na Nerona działanie matematyczne "plus 202" symbolizuje "długość lat przestępnych", która tu wychodzi w wyniku. Już samo brzmienie tych słów kończących poprzednie zdanie — zwłaszcza w tym to kontekście, że narodzenie Chrystusa i początek naszej ery to okres poprawiania lat przestępnych — wskazuje na to, że chodzi o długość ery chrześcijańskiej (mającej tu, wedle planu, dobiegać końca). 96+68+202 = 366, czyli liczba dni w roku przestępnym. Podobnie jednak i u planowanego papieża "na przełomie roku 2000", czyli jakiegoś najwyższego kapłana, który się jako pierwszy wyraźnie publicznie wychyli, że raczej był niewierzący, jego data śmierci powstaje na zasadzie dodania dwóch dwójek, mianowicie do roku 2.2.2003 (222×3 = 666) dodać należy 2 miesiące i 2 lata (u Nerona: 2 do nru roku plus jeszcze 200). Musieli to zauważyć już Rzymianie, inaczej najprawdopodobniej nie przypisywano by szczególnej wagi 13-ce (bardzo nieprawdopodobne jest takie trafienie); to samo dotyczy memo dodawania dwójki, ściśle z nim w parze idącego, a również datującego się od ok. II w. p.n.e. (spektakularnie zaś zaprezentowanego przez Nerona; zauważmy, że skoro ze znanych z historii lat dotyczących postaci zaprezentowanych w punkcie 4 listy wypunktowanej na zielonym tle wynika, że Chrystus ma się narodzić w tym-a-tym roku, do czego się odwoływano dobierając lata tak, jak gdyby ludzie żyli już podziałem na p.n.e. i n.e., to w szczególności rok założenia Rzymu opiera się na odejmowaniu dwójek: 753 p.n.e.). Dopiero w świetle daty śmierci tego planowanego "papieża" nabierają te — zakorzenione we właściwościach kalendarza — memy związane z liczbami 13 i 2 nieprzypadkowego znaczenia (można uniknąć hipotezy skrajnie nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności), bo jego 1300-ny dzień życia od końca to taki dzień (11.9.2001, data zamachów na WTC), że po dodaniu 2 miesięcy wychodzi bardzo estetyczna data 11.11. Wiadomo zaś, że 13-ce przypisywano już wtedy (ale tylko najzupełniej ezoterycznie) szczególną wagę. Gdyby jej nie przypisywano, to zupełnym bardzo nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności byłoby trafienie w datę 13.6 (u jednego z Lepidusów — tego, który zmarł w 137 p.n.e.), powstającą, jak wiadomo, na zasadzie brania kolejnych cyfr z ciągu: 1, 1+2, 1+2+3 (fundamentem jest tu spostrzeżenie, że sama 13-ka składa się z 1 dziesiątki i 3 jedności, przy czym jest to inaczej 1 i 1+2; ciągnąc ten sam algorytm dalej dostaje się nawet pełną datę; zabawa to w sam raz dla kapłanów i pontifex maximusów, bo to ci zajmowali się kalendarzem). Koniec końców zaś dodawanie akurat dwójek pasuje z uwagi m. in. na wytworzoną przez projektowany (np. w historii kolejnych Lepidusów) "początek ery chrześcijańskiej" datę założenia Rzymu 753 p.n.e. — "Bóg, po czym od tego wszystko się stacza", tj. zmniejsza o 2 (innymi słowy, "Mesjasz niech się narodzi [w powszechnym mniemaniu] w roku 753 AUC"). Również przy liczeniu rzędami wielkości, tj. jednościami, dziesiątkami, setkami itd. pomija się co 2-i znak stosowany przez Rzymian, tj. 5-ki, 50-ki itd. Ponadto przypomnijmy właściwość kalendarza: faktycznie jest jeden dzień, w którym odwrotnie skonstruowany jest nr dnia roku oraz liczba dni pozostałych, jest to dzień 96, ale wówczas jeszcze trzeba dodać 2 setki (96 — do końca jest 269). Podsumowując, to najpewniej od starożytnych Rzymian pochodzi idea, że chrześcijaństwo ma przetrwać 2000 lat, po czym może zacząć się nawet publicznie jego poważny odgórny rozkład i autodestrukcja. W czasach nowożytnych przypadki zastosowania "na pokaz" obu ww. memów, tj. 13-ki oraz dodawania dwójki, obejmują m. in. sprawę Piotra z Bajt Ras z 715 n.e. (pamiętajmy, że to wg starorzymskiego kalendarza dzień 13.11) oraz sprawę powstania jezuitów w 1540 n.e. (zakon powołała bulla Militantis Ecclesiae z datą 25.9 + 2 dni, gdzie 25.9 do drugi z ciągów 3-cyfrowych dat generowanych na zasadzie startowania od x i generowania cyfr y i z na zasadzie y=x+(x+1), z=y+(x+2), tj. dodawania każdorazowo do wyniku coraz to większej cyfry); wcześniej jeszcze widać to myślenie w sprawie powstania islamu (po 622 n.e.), gdyż 25.9 (dzień następny względem hidżry) to dziwnym trafem drugi ciąg cyfr tworzących datę z rodziny takich ciągów zaczynającej się od daty opartej na 13-ce, czyli 13.6 (pasowałaby nawet ta znana średniowiecza teoria, o "islamie jako nowej herezji wewnątrz chrześcijaństwa", połączona z niniejszym wskazaniem na odgórne — "koronawirusowe" — pochodzenie, od cesarza, do postaci ówczesnego cesarza Herakliusza, gdyż znany jest ze swej demonicznej polityki, nawiązującej też może do powstania żydowskiego z roku 66 n.e. i jego konsekwencji: najpierw sprzymierzył się on z Żydami, gwarantując im jakąś autonomię, a następnie po wygranej wojnie ich zdradził i kazał nawet mordować każdego napotkanego Żyda - wierzący chrześcijanin by przecież tak nie postąpił... również i u innych późniejszych cesarzy bizantyjskich, w tym u ostatniego, widać tego typu zgoła nieeuropejskie i niechrześcijańskie zagrania, sugerujące ich po prostu brak wiary); nadto, zaledwie 35 lat po znamiennie urządzonym (mający zapewne przypominać ezoteryczną wersję historii Chrystusa) męczeństwie Piotra z Bajt Ras (zapewne zorganizowanym pod wpływem rewelacji z Bizancjum) zainstalowała się w tamtych okolicach w r. 750 n.e. dynastia Abbasydów jako najwyższych kapłanów islamskich, a tymczasem nazwisko to wytypowano chyba po prostu przez podobieństwo do nazwiska "ojca Chrystusa": Abdes (przypomnijmy pełne personalia: Tyberiusz Juliusz Abdes "Pantera"); kolejne ślady, ze średniowiecza, po tych starorzymskich pomysłach (potwierdzające wtajemniczenie w sprawę) to np. misja pewnego uczonego, niejakiego Sacrobosco, o specyficznym-wyjątkowym nazwisku ("święty boski", "święte Boże" itp.), który to dziwnym trafem tak podzielił czas (mianowicie godziny na minuty i sekundy), z nieco innym skutkiem niż wychodziło oryginalnie po babilońsku (na czym się tu wzorowano), że tym idealniejsze właściwości uzyskała (przecież dla niewtajemniczonej osoby niepozorna: trudno ją zauważyć i nikomu by się nie chciało szukać jej bez powodu) data kalendarzowa 11 września, zapewne podsunięta w dokumencie w związku z 2000-letnim "time-out'em" dla chrześcijaństwa (mianowicie: już nie tylko data ta ma specyficzny procent upływu roku: 69%, liczbę dni od początku roku — jako że jest to ósma potęga dwójki minus dwa — i już nie tylko też liczbę godzin od początku roku ma bardzo trafną, ale i dzięki niemu liczbę minut): to ten uczony podzielił w Europie czas na minuty i sekundy, w 1235 n.e., w książce, w której też zresztą bardzo zainteresowały go "lata przestępne za czasów Cezara i Oktawiana". Poszlaką na antyczne zainteresowania nacechowane starodawną jak widać zabawą liczbami (koniec końców chodzi tu o sprawę celowego "ustawienia" kalendarza w taki sposób, by udało się zrobić ładne wyniki) jest też wspomniana gra słów "Klaudiusz — ang. cloud" (po 1300 n.e., bo wcześniej słowo to miało inne znaczenie) oraz "Jasna Góra często chowa" (ok. 1380 n.e.); a ponadto w epoce późniejszej połączenie obu wspomnianych memów, 13-ki i dodawania dwójki, widać też w zastosowaniu daty 11.11 w dacie śmierci Kierkegaarda w 1855 n.e. (dziwnym trafem o warszawsko kojarzącym się imieniu) oraz zastosowaniu jej potem jako końca pierwszej wojny światowej i jako daty odzyskania przez Polskę niepodległości (1918 n.e.), a także już wcześniej w czasie dokonywania rozbiorów Polski (1792 n.e.), gdyż np. II rozbiór Polski przypada na dzień 25.9, zaś równo 11 miesięcy wcześniej król pruski wystosował żądania w stylu ultimatum względem Polski. Wszystko to potwierdza hipotezę o istnieniu dokumentu z czasów rzymskich (czy chociaż jego jakiegoś odpisu lub omówienia dokonanego po spaleniu go, czyli dowodu pochodnego), o którym była tu mowa wcześniej i który by wzmiankował też ukrzyżowanie Chrystusa w 20. roku rządów Tyberiusza — na którego to dokumentu istnienie i tak już, powtórzmy, wskazuje nieprawdopodobna trafność (rzekomo "z błędu własnego wynikłych") wyliczeń dokonanych przez Dionizjusza Małego ok. 525 n.e.. Na ślad tej sprawy (oraz jej stricte rzymskiego pochodzenia, z miasta Rzymu) wskazują też znane średniowieczne tematy: temat donacji Konstantyna ("na pewno fałszywka; same anachronizmy, błędy w kalendarium itd.") oraz temat tzw. filioque ("Duch Święty: od Ojca i Syna pochodzi, jak twierdzi papież i Zachód, czy tylko prosto od Ojca?" — podstawmy tu mianowicie za "Syna" stworzenia Boże: starożytnych Rzymian...), który to ogłoszony publicznie temat jako jeden z kilku poróżnił Wschód z Zachodem w czasie Wielkiej Schizmy. Ponadto nie trafiono by zapewne na (artystycznie nawet uhonorowany; por. z notatką biograficzną o tym oto Lepidusie) nagrobek Pantery, akurat w tamtym czasie (równoległym też z załatwianiem sprawy Nietzschego u cesarza niemieckiego), tylko np. dużo później, gdyby nie było wskazówki na ten temat w dokumencie. Zauważmy, że 3 najstarsze sprawy z czasów późniejszych niż I w. n.e. (lata 525, 622, 715 n.e.) wskazujące na użycie tych 2 połączonych ze sobą memów datują się mniej więcej blisko siebie, tj. na lata od siebie nie tak odległe, co dodatkowo potwierdza wysokie prawdopodobieństwo wspólnego pochodzenia z pewnego dokumentu. Jan I, papież znany z roku 525, znany jest też jako przyjaciel Boecjusza, co kojarzy się z jego słynnym dziełem "O pocieszeniu, jakie daje filozofia"; aplikując to do tej sytuacji: "pocieszajmy się, że może my to wszystko sami wyfilozofowaliśmy — bez starożytnych" (sprawę trwającą wyraźnie od czasów Nerona, a nawet od II w. p.n.e.)... co oczywiście jest wyjątkowo mało prawdopodobne. Można też ująć to inaczej: w tle jest tu "pocieszenie" przeciwko wersji o tym, że wszystko sfałszowano: że książki historyczne znane ze starożytności są po prostu późniejszym fałszerstwem. Dzięki więc tym poszlakom historycznym, które zostawiali papieże oraz religia islamska, sprawa jest dodatkowo (poza jeszcze wspomnianą kwestią podwójnej symboliki siódemki) odporna na różne próby negowania szczegółów historiografii. Zaś brak umiejętności astronomicznego wyliczenia daty ukrzyżowania Chrystusa przez Jana I i jego wytypowanego zakonnika (bardzo się też wstydzącego swego źródła informacji: wyliczenie oparł rzekomo na czym innym) dodatkowo potwierdza, że sprawa jest starsza niż ww. rok 525 n.e., czyli że naprawdę pochodzi od starożytnych. Charakterystyczną sprawą jest tu zwłaszcza wyprawa ww. papieża Jana I (tego od roku początku ery chrześcijańskiej) do cesarza w Konstantynopolu, do której zmusiła go bieżąca polityka rządzącego w Rzymie ludu germańskiego, ale może też wywołało ją odkrycie dokumentu. Cała historia tej wizyty, zrelacjonowana w Wikipedii, nasuwa skojarzenia z totalną podległością (i znacznie mniejszym znaczeniem) papieży względem cesarzy starożytnego Rzymu (a zatem jak najbardziej pasuje temat cesarzy Augusta, Tyberiusza, Nerona itd. jako starożytnych "ojców Kościoła"). Kwestią do ustalenia pozostaje, czy wiedza o sprawie pochodzi z Bizancjum, czy z Rzymu zachodniego, tj. czy zlecenie dla Dionizjusza Małego pochodziło z czasu już po powrocie z Bizancjum, czy z daty wcześniejszej. Prawdopodobnie zlecenie pochodziło z daty wcześniejszej, bo po powrocie do Rzymu papież został internowany za brak uchylenia dekretu cesarskiego, czyli niezbyt miałby okazję jeszcze wtedy korespondować ze swymi zakonami. Wobec powyższego, tego typu historyczny dokument pochodzi najpewniej z samego miasta Rzymu — we wczesnym średniowieczu nie był jeszcze przewieziony na Wschód, a może i nigdy to nie nastąpiło. Już Jan I mógł go jednakże przewieźć do Bizancjum, albo jego odpis, jako argument przemawiający na rzecz równego traktowania chrześcijan ("jedność Kościoła", nota bene jeden z 3 tematów zawsze podnoszonych przez media w dniach i przededniach mordowania mej rodziny od strony matki, czyli tej bardziej religijnej części rodziny); wszak najważniejsze dalsze wydarzenia z ww. listy lat następują już na Wschodzie. Prezentowałoby to więc w specjalnym dużo bardziej jasnym świetle wybór Turcji na kraj, który dokona zamachu na Jana Pawła II (którego on sam sobie podobno zażyczył, zresztą wskazują na to personalia A... A...A), oraz współczesne konsekwencje tej decyzji, m. in. budowę metra warszawskiego przez turecki koncern Gülermak ("killer-mac", "hrabia wal go dechą"); chodzi o taki zamach na siebie, na którym mimo wszystko wychodzi się zwycięsko ("przez Maryję", jak to mawiał Hlond, o zwycięstwie, które przyjdzie przez Maryję, prymas Hlond znany też z zapewne ateizowania młodego ks. Wojtyły w czasie, gdy spotkał się z nim u progu kapłańska; atakiem, na którym mimo wszystko wychodzi się zwycięsko, jest tu próba lansowania wersji, że może to od zawsze dokument był w Bizancjum... "ten bizantyjski manuskrypt"). Tymczasem zaś oryginalny dokument był pewnie w Rzymie od samego początku, co najmniej aż do średniowiecza, i papież próbował pewnie nawet zrobić z niego argument w swych relacjach z Ostrogotami nakierowanych na ich nawrócenie na katolicyzm ("i tak chyba koniec końców samo chrześcijaństwo jest w ogóle fałszywe").


Co do tych najcięższych gatunkowo argumentów (tezę o dokumencie: chyba Nerona, a przekazanym papieżowi może przez Konstantyna Wielkiego i poniekąd przez wieki "przyświecającym" papiestwu — por. też z aktualnie lansowaną kampanią reklamową w Warszawie: "Lemon akustycznie") to w Vatican News 11 września 2020 r. — zapewne trochę na tle podsłuchowym, ale też po to może, by datę "11 września" słusznie (jak już dowodziłem) powiązać z papiestwem (znanym z teorii o niemylności papieży głoszących dogmaty ex cathedra) — opublikowano jak gdyby potwierdzający moje rewelacje artykuł kojarzący się z czyjąś nieomylnością: "Papież dziękuje tygodnikowi Alfa y Omega". Teza o dokumencie jest tu prezentowana "jak wół", link do tekstu trafił nawet na xp.pl (artykuł "Odmowa śledztwa w sprawie kłamstw co do koronawirusa"), a tu co? Słuchajcie, jest taki "tygodnik" nieomylny... A zatem papiestwo jest chyba świadome tego problemu, nie od dziś przecież (jak już tu wyraźnie sugerowałem). Natomiast co się tyczy może nie tych głównych tutaj tez, tylko właśnie tych dodatkowych, na marginesie, tj. o pochodzeniu liczby 66 i koniec końców, znanej z Apokalipsy, liczby 666 (dwa zwycięstwa, a nawet w sumie 3, "jak widać"; tym trzecim jest właśnie "koronawirusowe" pochodzenie chrześcijaństwa, którego dodatkowo "dowiodła" Apokalipsa św. Jana poprzez wiedzę Jana o symbolice liczby 66, do czego normalnie rzecz biorąc nie miałby przecież żadnego dostępu), już nawet od miesięcy zapewne zapowiadano wiedzę papieża na te tematy — nie jest to żadne bieżące moje odkrycie. Chodzi mianowicie o pewne sympozjum. Choć powyższe uwagi spod kreski oddzielającej zasadniczą część tego tekstu pisałem w znacznej większości (poza tekstem podświetlonym zielonym tłem) dnia 6 września 2020 r. w nocy, to "dziwnym trafem" (tj. na tle podsłuchowym i w związku z kontaktami papieskimi z telewizyjnymi operatorami podsłuchu) nazajutrz Vatican News opublikowało informację o nadchodzącym sympozjum. Dzień po moich urodzinach ("papież to chyba się tego od Piotrka dowiaduje..." — ironia). Program sympozjum był już od miesięcy ustalony, jak można było już pół godziny po opublikowaniu artykułów Vatican News znaleźć na niezależnej w stosunku do tego serwisu watykańskiej stronie internetowej (polecam też web.archive.org) — ta dostępność w Internecie gotowego pliku pokazuje, że program i tematyka były znane od dawna. Przy tym Vatican News tak pisze o tym nadchodzącym wydarzeniu (w swym artykule z 7 września, czyli opublikowanym nazajutrz po mych publikacjach internetowych, zamieszczonych tutaj "w obecności telewizji" w następstwie nacisku spikerów podsłuchowych oraz istnienia obiektywnie rzecz biorąc groźby, w przeciwnym razie, pojawienia się pewnego istotnego dodatkowego motywu, by mnie zabić, tj. gdybym miał być dysponentem jakiejś tajemnicy w tym temacie) — artykuł "Seminarium uczniów Ratzingera o zagadnieniu Boga":
"Według nowej formuły tych dorocznych spotkań pierwszy dzień obrad będzie zamknięty, a drugiego dnia obędzie się sesja publiczna, podczas której przewidziana jest m.in. debata trzech kardynałów: Kocha, Woelkiego i Ladarii. [...]
Dziś Benedykt XVI nie uczestniczy już w dorocznym seminarium. Zatwierdza jednak temat obrad oraz przyjmuje w swej rezydencji delegację uczestników [...]"
Już na wstępie można by zauważyć, że z brzmienia 3 te nazwiska brzmią trochę tak, jak słowa "Ko... Wielki — ladacznica" ("niewierzący; chodziło mu tylko o przypodobanie się tłumom, dostosowanie do ich pragnień"). Potwierdzałoby to wersję, że sugerowany tu dokument (czyżby od Nerona pochodzący) trafił do papiestwa decyzją Konstantyna, który w rzeczywistości wcale się nie nawróćił. Ponadto te 3 nazwiska bardzo łatwo odnieść do, wyraźnie się z nimi kojarzących, trzech "zwycięstw" (w skrócie VI) — czyli trzech cyfr 6 rzymskich (VI), 666 — stojących za symbolem szatana. Można to już dziś, na podstawie powyższego tekstu, a sprawę potwierdza też sugestia od papieża, rozszyfrować. Chodzi o błędy w konstrukcji chrześcijaństwa, specyficzne tylko dla tej religii. Pierwszy — to sprawa "zburzenia Jerozolimy" (kard. KOCH — "kochają" naprawdę tę Jerozolimę...) i wygnania Żydów wskutek ich powstania, co, mówiąc eufemistycznie, miałoby być przedmiotem przepowiedni; mówiąc wprost, chodzi tu o przegraną teorię Chrystusa pochodzącą z ewangelii synoptycznych (powtarzaną też w różnych okolicznościach, np. do Sanhedrynu), że "niektórzy z tych, co tu przy mnie stoją, zobaczą nadejście Sądu Ostatecznego" (Syn Człowieczy przychodzi na chmurze, zaczyna wymierzać ludziom karę lub nagrodę za ich postępki...). Z faktu, że to proroctwo się nie wypełniło, wyciągnięto wniosek, w czym pomogła jak tu pokazałem zapewne właśnie polityka, że "to było o zburzeniu Jerozolimy" (tymczasem zaś właśnie najprawdopodobniej to cesarze zainspirowali ten cały bunt antychrześcijański — żeby tej religii, rzekomo przez nich nielubianej i prześladowanej, czego przecież nikt nie lubi, bo nikt rozsądny nie popiera prześladowania za poglądy, trochę pomóc). To jest więc pierwsze zwycięstwo. Drugie — to sprawa nieba, Królestwa Niebieskiego w przestrzeni nad nami, mianowicie podobno przy chmurach (zresztą Stary Testament w opisie stworzenia świata definiuje, czym jest niebo — to twarda przesłona, czyli sklepienie, jak jakaś kopuła świątyni, oddzielająca wody deszczowe, czyli "wody u góry", od wód na dole, czyli mórz i oceanów). To "zwycięstwo" (czy, z innej optyki, tę porażkę chrześcijaństwa) reprezentuje kard. Woelki, gdyż niem. Wolke oznacza "chmura". Trzecie "zwycięstwo" (porażka chrześcijaństwa) to wywodzenie się z koronawirusa, czyli z odgórnego spisku, co jest reprezentowane przez kard. Ladarię kojarzącego się z "ladacznicą". Tą "ladacznicą" jest (w swym znaczeniu dostępnym ludowi) "prawda" (powszechne przekonania), czyli, mówiąc inaczej (proszę wybaczyć termin prawny), "rękojmia wiary publicznej ksiąg wieczystych", którą to rękojmię daje po prostu bycie u władzy. Inaczej mówiąc, ludzie uwierzą w to, co im podsunie rząd, a nawet mogą uwierzyć na bardzo długo — na całe stulecia. Nie jest tu żadną przeszkodą, że teoria brzmi nieprawdopodobnie i że nawet sprzeciwia się najnowszym danym czy temu, do czego wszyscy przywykli i uważają za prawdziwe (np. brak cudów); analogicznie jest przecież w sprawie rzekomego wybuchu epidemii Covid-19. To, że przekonania ludzkie są jak szmatka na wietrze, targana przez wichry pochodzące od polityków, czyli cały ten temat pochodzenia przekonań od po prostu władców, jest reprezentowany przez kard. Ladarię — i to jest to trzecie VI, które to dodał swą Apokalipsą (symbolizującą "koniec wszystkiego" — nawiązuje to jak gdyby do sytuacji rozszyfrowania całej tej sprawy) Jan. Stąd też właśnie zapewne pochodzi liczba 666 jako symbol "Bestii", symbol szatana. Co się tyczy pierwszych 2 spraw, to Ewangelia św. Jana, jako ostatnia, próbuje dodatkowo pomóc chrześcijaństwu — jako oręż w walce z tymi, którzy jakoś "nie trawią" symbolizmu przekręcającego sens tekstu — poprzez walkę z "pierwszym zwycięstwem" (negowana jest tu w ogóle teza, że Chrystus mówił, że Sąd Ostateczny przyjdzie za życia niektórych uczniów; ta polemika występuje explicite bodajże pod sam koniec Ewangelii, w ostatnich zdaniach) i poniekąd też z "drugim zwycięstwem", tj. sprawą nieba (pada tam teoria "Bóg jest duchem", choć oczywiście trudno to uznać za w pełni udane uratowanie tematu (tam przecież mają też być jacyś święci, aniołowie, jakaś świątynia podobno nawet... zaś same Czyste Duchy to niewątpliwie coś takiego, czemu nudna przecież przestrzeń atmosferyczna w ogóle nie jest do życia potrzebna) — trudno w tym widzieć pełne uratowanie tematu, gdy przecież nawet i w tejże samej ewangelii pada też stwierdzenie Chrystusa potwierdzające to, jak rozumie niebo: "ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych zstępujących i wstępujących na Syna Człowieczego"). Nota bene dobrze widać, iż wszyscy 4 ewangeliści nadają się na wysłanników cesarskich, jako osoby niosące zawoalowany przekaz ezoteryczny: (1) Mateusz ze swym fragmentem, na który trafia się, myśląc o Lepidusie, (2) Marek ze swym przełamaniem rozdziału ("czapki z głów! koniec starej ery, zaczyna się nowa era" / "problem jest, ale utknęliśmy w połowie — niemoc rozumu i brak konkluzji") w miejscu, w którym Jezus opowiadał o Sądzie Ostatecznym mającym nastąpić za życia niektórych z obecnych (pomaga to zrozumieć, że data wybuchu żydowskiego powstania: 66 n.e. była rzeczywiście ustawiona, mimo że oficjalna numeracja lat nie miała z tym nic wspólnego), (3) Łukasz ze swym przytoczeniem wieku Jezusa w momencie przyjęcia chrztu: "lat ok. 30" (pomagało to w lansowaniu wersji o wieku 33 lat w chwili śmierci), przy czym dodatkowo jeszcze jego ewangelia zaczyna się m. in. słowami "Dostojny Teofilu!" (łac. august = dostojny, teofil = kochający Boga), co brzmi, jak "cesarzu Oktawianie, który kochasz się z Bogiem!", (4) Jan ze swymi 3 Paschami (kolejne źródło wersji o wieku 33 lat — jako że nauczanie robi się przez to 3-letnie) oraz, jako zapewne też autor Apokalipsy, ze swą teorią o liczbie 666 jako symbolu szatana.

edit 2020-09-17: Kolejnym jeszcze potwierdzeniem sprawy od papieża może być to, że na Vatican News (a nawet w miejscu głównego artykułu) kolejno dzień po dniu najpierw dn. 13.9.2020 r. opublikowano "Papież zaapelował o przyjęcie uchodźców z Lesbos" (co kojarzy się trochę z lesbijkami i szyderca może przez to powiązać temat z zakonnicami), po czym dn. 14.9.2020 r. z wielkim zdjęęciem zakonnicy "S. Helen Alford: większość ludzi nie wie, co robi Kościół" (o godz. 14:44, czyli z końcówką jak 666, dla czytelniejszej aluzji). 2 dni później na miejscu głównego artykułu był aluzyjny najwyraźniej wykład Franciszka o wyzyskiwaniu ludzi i o tym, żeby tego nie robić. W międzyczasie zaś, tj. 15.9, zamordowano rano księdza-jałmużnika we Włoszech w miejscowości Como (co po włosku oznacza "jak"): patrz np. ten artykuł RV.

edit 2020-09-19: Szczególne właściwości daty 11 września (przypomnijmy, to 1300-ny dzień życia od końca papieża czy też, jak powiedzieliby Rzymianie, "pontifexa maximusa", który rozpoczął — rozpocząć miał — III tysiąclecie po Chrystusie, czyli Jana Pawła II; sama zaś data śmierci to przerobione 222×3, tj. 2 2 2003 albo, pisząc po rzymsku, II II MM · III (podobne to do CC XX II · III, czyli właśnie 222·3), mianowicie — przypomnę — do 2.2.2003 należy dodać 2 lata i 2 miesiące; Jan Paweł II zmarł ponadto, tym swoim spektakularnym najpewniej samobójstwem, w 9666-ym dniu pontyfikatu, co zaczyna się jak rok chrztu Polski — widocznie rekomenduje nam "chrzest w duchu antychrześcijańskim" i sam się do niego przyznaje — oraz zarazem w dniu 8. rocznicy uchwalenia obecnej Konstytucji) można obejrzeć na stronie internetowej https://www.timeanddate.com/date/durationresult.html?y1=2000&m1=12&d1=31&y2=2001&m2=09&d2=11, gdzie automat wylicza dla Państwa liczbę dni od początku roku, minut, godzin oraz odsetek roku, jaki tego dnia już upłynął. W każdym przypadku występuje albo liczba 69, albo 365, co dowodzi szczególnie estetycznych właściwości tej daty. Aby było to możliwe, zapewne Rzymianie musieli specjalnie ustawić kalendarz (pod ten przyszły wynik papieża roku 2000 oparty o liczbę 666 zapisaną jako 222×3).