Geneza podsłuchu i tortur, spodziewana rola Jana Pawła II i przesłanki twierdzenia o jego odwrocie w stronę albo totalitaryzmu, albo – już może prędzej? – antyreligijnego humanizmu w duchu np. filozofii Nietzschego. Trzy potencjalne odniesienia do przepowiedni końca Kościoła u papieża (Malachiasz, January, s. Faustyna). Sprawa zabójstwa oraz oszustw mieszkaniowych (Jan Paweł II ?!)

Zacznijmy od początku. Dlaczego pod obserwację (którą, być może, pomagali zorganizować pośrednicy nieruchomości [edit 2015-12-31: nie, chyba Policja na podstawie ewidencji ludności] – przy  typowym dla podsłuchów, np. tego u Blidy, przemilczaniu w mediach) trafiłem JA A NIE KTO INNY i co na to Rydzyk za JP2? Otóż, od tego zacznijmy, widzę następujące przyczyny (racje), dlaczego ja – każda z nich bardzo  zawęża zbiór potencjalnych osób – są to rzeczy obecnie potwierdzone przez spikerów: 

  1. jestem narodowości polskiej, jak papież Jan Paweł II, a (choćby potencjalny, planowany) sojusz z papiestwem z zasady jest w takich sprawach kluczowy dla skali sukcesu,
  2. mógł mieć znaczenie mój dziecięcy wiek,
  3. jak podejrzewam, grało też rolę to, że mam na imię Piotr, tak, jak ta końcowa postać z listy papieży (jaki to ma związek z papiestwem? proste – pozyskaj Kościół, a masz od razu autorytet, międzynarodowy wpływ i milczenie bardzo wrażliwych przecież moralnie kościelnych mediów w każdym kraju), chyba w "pradawnych" planach skandalu założeniem było też to, że mam mieć nazwisko możliwie zbliżone brzmieniem do Nicze (Niżyński, prawie jak "Niczyński"!), tj. Fryderyka NietZsche, która zresztą lubił podawać się za Polaka i był wobec nas przychylny (pewnie ze względu na ówczesną politykę i stan tego narodu); ewentualnie jeszcze pasowałoby to do prezydenta Włoch z 1978 r., PerTiNiego (prawie jak PetriNi), jeśli ktoś potrzebuje inspiracji w kłamaniu odnośnie genezy   [zresztą to może ślad jakiejś wcześniejszej intrygi?... kariera tego polityka włoskiego nabrała rumieńców w 1968 r., wkrótce po podbojach Kosmosu; jeśli by faktycznie ówczesny papież Paweł VI planował już intrygę z prześladowaniem jednostki, bo o cóż innego w takim upatrywaniu sobie osoby może chodzić, to pewnie i inne rzeczy miałby na sumieniu, np. jakieś fałszywe cuda beatyfikacyjne, ale zostawmy to na razie; zresztą także sam wybór Polaka na papieża był chyba konsekwencją rozpowiadania o ks. Wojtyle takiej przepowiedni przez o. Pio, któremu z kolei może to Watykan podsunął, przełożony dla zakonów – ponownie zwracam uwagę, że Polacy to preferowana przez Nietzschego nacja]   [edit 2016-05-24: zauważmy, zarówno Nietzsche, jak i słynny tancerz Wacław NIŻYŃSKI (1889-1950, nie z mego rodu, jest nawet jego ulica w centrum Warszawy) przez ostatnie wiele lat życia cierpieli na chorobę psychiczną (w przypadku tego ostatniego na pewno mogło to być aktorstwo, biorąc pod uwagę tę bardzo dziwną i nieprawdopodobną zbieżność z filozofem, który na przełomie wieków zdążył już stać się sławny; a propos zbieżności – zauważmy, Zaratustra z literackiej raczej i dosyć "sztandarowej" książki Nietzschego powiedział w kontekście swej miłości do delikatnych duszyczek: "Uwierzyłbym tylko w Boga, który by tańczyć potrafił") – chyba wykorzystano tę zbieżność tkwiącą w osobie słynnego Niżyńskiego jeszcze przed jego śmiercią, za Piusa XII (papieża w latach 1939-1958, tego, za którego i Karol Wojtyła zaczynał swoją karierę, awansowany przez Watykan na biskupa, i za którego ów Wojtyła usłyszał słynną przepowiednię o. Pio; papież ten zrobił m. in. prawdziwy wykład dla profesorów o postępach astronomii, jak jakiś ekspert czujący się w swej dziedzinie "jak ryba w wodzie", i być może  to on po wojnie nakłaniał polityków do eksploarcji Kosmosu, pewnie w poszukiwaniu Boga, ale to już inna historia i zostawmy to...), wykorzystano tę postać nagłośnionego tancerza, by wykreować odpowiedniego prymasa, czołowego dostojnika polskiego Kościoła (1948-1981) – "Wyszyńskiego" (przeciwieństwa przysłówkowe wyżej-niżej to po  rosyjsku "WYSZe" [выше] i "NIŻe" [ниже]; otóż Wacław Niżyński przez ostatnie lata życia pisał jakieś również na przeciwstawieniu oparte dzienniki, podzielone na dwie części "O życiu" i "O śmierci" – może to ślad jakiejś watykańskiej inspiracji, bo kojarzy się to też z kluczowym w RELIGII kontrastem niebo-ziemia, a może po prostu to przypadek, zaś Watykan tylko później, czerpiąc stąd pomysł, przeciwstawił sobie "niże" i "wysze" w osobie kard. Wyszyńskiego, którego wybrano na wielką figurę Kościoła]   [otóż wywodzenie doboru mego nazwiska wśród tysięcy innych po prostu z Wyszyńskiego, z nazwiska tego "Prymasa Tysiąclecia", jest kuszące, bo istnieje bardzo proste a płytkie wyjaśnienie rzekomo kluczowej tu ukrytej myśli – "arcykapłan u góry, ty u dołu", ot takie "sado-maso" jak w artykule Urbana – natomiast temat mody na Nietzschego czy pewnej sympatii dlań się tu wygodnie zamiata pod dywan],
  4. kwestie światopoglądowe i stan rodziny  pozwalały mojemu ojcu na wejście w taki układ (raczej niezbyt religijny, za to matka przeciwnie; dzieci przeprowadziły się do niego w 1996 r., bo z jakichś głupawych drobnych powodów matka je wyrzuciła; od II poł. lat 90-tych rozwiedziony, sąd przyznał mu dorastające dzieci), a dotyczyło to raczej wyraźnej mniejszości ludności,
  5. co ciekawe, matka, którą ojciec chętnie uważał za nie do zniesienia, a nawet wymagającą leczenia psychicznego, choć moim zdaniem była zawsze idealnie normalna, już w latach 90-tych opowiadała coś o "niewidocznych antenkach na głowie" u dzieci (a w XXI w. zaczęła coś gadać o "chipach podskórnych", które rzekomo można mieć jak jakieś psy), czym pewnie ojciec nie omieszkałby (jeśli jeszcze nie podsłuchiwano) się pochwalić Policji (wprawdzie może tę oryginalną myśl, o ludziach z antenkami, już wcześniej naszej rodzinie podrzucono, w związku z uprzednim interesowaniem się nią jeszcze przed rozpoczęciem podsłuchiwania nas w samym Watykanie, które mogło nastąpić w, bodajże, 2002 r.: może nawet ja sam w telewizji  by(wa)łem już wcześniej podsłuchiwany, nawet już może ok. roku 1992-1993, czyli w czasie, gdy miałem np. 5 lat, a u rodziców było sporo kłótni właśnie np. o "antenkach", ze 3 lata przed ich separacją: zapewne jeszcze nie było zdalnego podglądu naszego wspólnego komputera w ogóle, bo transmitować ekranu z mego otoczenia – ani choćby samego tego dźwięku z podsłuchu – przez np. Internet nie było jak, brakowało stałych łączy: a zatem  sam tylko dźwięk w mieszkaniu mógł bywać podsłuchiwany, bez przekazywania go za granicę, bez przechwytywania ekranu i stosowania przekazu podprogowego; ten ostatni zresztą łatwo wykluczyć w tamtym okresie, bo po pierwsze matka nie zrobiłaby pod to remontu, zresztą to osoba bardzo oporna wobec wszelkich zmian i nowinek – a m. in. do dziś jest uszkodzony przeze mnie na początku lat 90-tych tynk w małej sypialni, niewymieniony, choć z ogromną dziurą, zaś tortura w tym mieszkaniu jest nieco cichsza, chyba przez sąsiada zrobiona – po drugie: niby jaki telefon komórkowy z lat 90-tych mógłby taki dźwięk odbierać z fal radiowych i odtwarzać?). Przypominam, że wg przecieku z tajnej części raportu z likwidacji WSI wspartego jeszcze o film dokumentalny TVP kojarzący go z (mniej więcej przecież tyle osób liczącym!!) WOT-em, gremialne śledzenie (radarem pasywnym? aż się prosi o taki wniosek, bo to czasy likwidacji blokady importu zagranicznych technologii, tzw. COCOMO, były – a zarazem czasy początków nowoczesnych procesorów typu Pentium, które miały tzw. taktowanie rzędu kilkudziesięciu MHz – milionów operacji na sekundę – a poza tym można było nawet z 20 takich połączyć w tzw. klaster komputerów, by osiągnąć odpowiednio większą moc obliczeniową) wprowadziły do, najprawdopodobniej, telewizji ("mediów")... Wojskowe Służby Informacyjne w początkach lat 90-tych – w ramach zapewne instalowania nowoczesnego amerykańskiego systemu podsłuchowego (telewizja jest nadajnikom radia i TV "pod ręką", jest z nimi i tak połączona, więc łatwo w niej szpiegować: początkowo chyba wszystkie podsłuchy mogły tam na miejscu, w studiu na ul. Jasnej w Warszawie, być obsługiwane – a zatem bynajmniej nie wprowadzano tego z myślą o Piotrku Niżyńskim, tylko to raczej z zainteresowań wojska wynikało; spikerzy parę razy przyznali, że wszystkie inne podsłuchy potem od nich zabrano). Ten np. 1992 r. był moim zdaniem początkiem czasów, gdy w Polsce domy można na masową skalę  podsłuchiwać bez instalowania fizycznie w nich ani u sąsiadów  czegokolwiek (wcześniej też może i by się dało z bardzo daleka, bo istniała od 50 lat technologia mikrofonów laserowych, ale PRL chyba się aż tak nią nie interesował). Być może więc niedługo po tych początkach lat 90-tych, dosłownie np. rok po tym, zwrócono się też (tylko w telewizji! bez rozdawania telefoników/programów podsłuchowych komukolwiek!) przeciwko naszej rodzinie w związku z jakąś, być może, papieską wiedzą o tej rewolucji technicznej (jakieś wątpliwości moralne do nich może politycy zanosili?) i interwencją.   (Należy tu dodać, że są pewne uprawdopodobnienia szpiegowania mnie przez TV i może Policję już ok. r. 1992. rozwiń komentarz...)

Być może korzystna przy wyborze konkretnej  rodziny tego jednego Piotra Niżyńskiego, którego trzeba wybrać do śledzenia, była też – hospitalizowana później psychiatrycznie parę razy, może fałszywie – samotna, bezrobotna a przyjmująca chyba nawet Klozapol ciocia w rodzinie (bo to w genach może siedzieć i rzucać cień m. in. na mnie). Ojciec zresztą od I połowy lat 90-tych rzucał też nawet na matkę podejrzenia o "chorobę". Trudno tak od razu już dziś wnikać w kryteria, ale to raczej nie przez prymitywne przypadkowe znajomości, tylko z inicjatywy polityków i przez odgórny plan się dostałem w te sidła.

Nie tylko ja tak tłumaczę genezę podsłuchu właśnie na mnie (tzn. zwłaszcza swym imieniem i nazwiskiem). Spośród naukowców i profesorów wyłonił się w maju 2015 r. Franz Kiekeben (czyt.: kikeben?), co przypomina z jednej strony papieża (Franciszek), z drugiej kicka-bAna (Polacy czytają A, ale Anglicy może E), czyli wykopanie z czata (IRC – bawiłem się w to kiedyś) z zablokowaniem powrotu, powiedziane językiem nowoczesnych ludzi. (A faktycznie, np. na Wikipedii tematy przez Kiekebena poruszane, np. dylemat determinizmu, zaczęli blokować.) W dodatku brzmi to jak drugi dobrze znany filozof-egzystencjalista, Kierkegaard (czyt.: kirkegard), stawiany w tym nurcie filozofowania, co i Nietzsche. Autentyczna kalka "Piotra Niżyńskiego" (Nietzsche'yńskiego), przy czym Piotr Niżyński jest autentyczny i na blogu legitymuje się dowodem osobistym i paszportem na różnych wideo. Franz Kiekeben to taki nowy Richard Dawkins (notabene też gra słów, bo podobne do Hawking: to pokazuje, że uczeni mają u siebie takich dużo i można z nich wybierać), który przekonuje, że da się skutecznie argumentować (czy dowodzić), że Boga nie ma.


I TERAZ CZAS NA TEMAT RELIGIJNY. (Od razu uprzedzam, że moim zdaniem, uzasadnionym, nie będzie tu obrazy uczuć religijnych.) Być może pomysł zaimplantowania tego przekazu podprogowego  wszędzie, gdy już technologia dojrzeje, był  z góry jeszcze przed początkiem śledzenia mnie  uzgodniony z monarchami europejskimi i rządami – tak, żeby nie było później porażki – a w takim razie (co za jednomyślność królów w milczeniu! i pewnie też "sami" są po remoncie) można by się spodziewać, że ten wielki skandal z "demokracją bez wartości" i "zakamuflowanym totalitaryzmem" jakoś po cichu PODSUNĄŁ POLITYKOM SAM, ŚWIĘTY PODOBNO, JAN PAWEŁ II (przepraszam! wybaczcie racjonalne przypuszczenie!), że to  on ich o to poprosił, przynajmniej tych naszych, choć to oczywiście źle Polakom brzmi. Wyjaśniałaby taka wersja automatycznie też (1) konklawe z 2005, gdzie głównymi rywalami byli (!!!) najbliższy współpracownik Jana Pawła II Joseph Ratzinger, przyszły Benedykt XVI, który po śmierci JP2 wygłosił płomienne kazanie o "złu w Kościele" (co podobno dodatkowo pozyskało mu sympatię), oraz Jorge Bergoglio (późniejszy Franciszek), o nazwisku brzmiącym jak NERGAL(!), czyli ten muzyk black-metalowy wrogi chrześcijaństwu, być może lansowany przez polskich kardynałów (wyniesiony był on do godności kardynała przez JP2, chyba nie robiono tak w każdym kraju pod jego rodzimy black metal i znane ksywki?). Obaj kojarzyli się z Polakiem, Polską. Pasuje do tej linii też (2) wspomniany w poprzednim wpisie, tym z 24. września o papieżu, wywiad z Nergalem – proszę rozwinąć tamten wpis, widać tam na końcu pierwszego akapitu link do wywiadu, a obok wskazana cała wiązanka aluzji do mnie i typowo ze mną kojarzonych tematów religijnych (w tym tego tzw. dylematu determinizmu, czy, jak kto woli, wideł Hume'a, bo tego sporo dotykałem, nie stosując wprawdzie tej nazwy, w tych moich rozprawkach z 2006-2007) i wśród tych następujących po sobie aluzji, przede wszystkim, (może nieco przesadne) "odbrązowienie  Jana Pawła II". Pasuje też świetnie (3) tytuł artykułu dziennikarza Kamila Sipowicza: "Ksiądz Oko, Jezus i Nietzsche" (zauważmy, pada tam też gdzieś przy początku artykułu "Petrus", co kojarzy się z wymienionym przeze mnie – mającym kilka bardzo znamiennych konotacji znaczeniowych – "Petrus, es reicht uns!" w słynnej niemieckiej gazecie Bild, w dniu mego przyjazdu do Niemiec; końcówka *us pochodzi z łaciny, zaś łacina jest przecież, a jeszcze bardziej była, podstawowym językiem Stolicy Apostolskiej i nikogo poza tym). Może kto inny a nie papież wymyślił tę chęć panowania nad myślami, może wyewoluowała ta rzecz sama i stopniowo nabywała sojuszników, bo  wszyscy uznawali to za fajne, ale to aż dziwne, że nie było kontrowersji, zdań odrębnych i, ostatecznie przez to, porażki – przecież typowy, tzn. przeciętny, człowiek nie jest aż tak pazerny na władzę nad ludźmi (a politycy często z przeciętności i miernoty się wywodzą i często nawet nie wyrastają ponad to). Przypominam też o tym, mało nagłośnionym, znalezisku – to może nie być kłamstwo czy falsyfikat(!). A z drugiej strony proponowanie Benedyktowi XVI ni z gruszki, ni z pietruszki takiej rzeczy było bardzo ryzykowne – przecież prosta stąd droga do końca kariery politycznej, jeśli się zdecyduje nie współpracować i zamiast tego jeszcze nagłośnić (a czyż nie należałoby się tego spodziewać?). Może więc inicjatywa wyszła, w największej tajemnicy, ze strony największego autorytetu, od staruszka już wtedy Jana Pawła II (który zaczął mniej przyjaźnie patrzeć na Boga? przeczytajcie) i  stąd jej sukces?...

Przypominam te chyba celowe potknięcia, z czasów, gdy byłem w szpitalu psychiatrycznym (zdiagnozowali "paranoję", czyli w potocznym rozumieniu nadpodejrzliwość): Obama o polskich obozach koncentracyjnych, następnie kolejne potknięcie księcia Harry'ego (NIE samej królowej, broń Boże, to zawsze ten rząd, zawsze jest nudnie), już wcześniej (maj 2012) sprawa kamerdynera, teraz znowu Wesołowski (zob. wpis 5/03/2015 o Kościele, drugi i trzeci dopisek) – w każdym razie w 2012  to od pewnego papieża, a nie jakiegoś światowego mocarza czy monarchy, się ta seria celowych potknięć, jak mi to zresztą na bieżąco w myślach przy każdym nazywano,  jak widać zaczęła...

(Przypominają się tu słowa kolegi Wójcika – młodego ateisty z WAT, który już w 2007, obok 2 innych kolegów, którzy z kolei sprawiali wrażenie śledzących mnie, powiedział mi dziwną rzecz: "czy wiesz, że Jan Paweł II miał syna?". Bronił nawet tej dziwacznej tezy, dość prymitywnej, jeśli branej jako argument przeciwko Kościołowi (zresztą się w to i tak nie dowierza). Otóż – z drugiej strony – wtajemniczanie niektórych kolegów w to, że jestem śledzony, i przekonywanie, by mi to okazywali, sięga czasów klasy maturalnej, być może asystowała w tym Policja, bo ma w Warszawie 10 tys. funkcjonariuszy; zaś na studiach WAT 2005-2007 pozostali dwaj koledzy studenci, z którymi się zadawałem, już wyraźniej, choć nadal delikatnie, okazywali mi to śledzenie, co dzisiaj tak rozumiem – bo doprawdy dziwacznie się przy mnie zachowywali i charakterystycznie dla rzeczy, które może podpatrzono na mym ekranie – aczkolwiek wtedy było to dla mnie jeszcze dosyć niepojęte, podobnie jak pewne aluzje w wypowiedziach wykładowców czy, nawet, w rozmowie w 4 oczy z ćwiczeniowcem.) Jeszcze raz podkreślam: premier i lider ugrupowania politycznego (a tym bardziej minister) krępowałby się mediów, może nawet posłów; politycy europejscy krępowaliby się proponować coś takiego jedni drugim, z podobnych powodów (skandal); tylko stary papież, któremu może dobro Kościoła przestało tak bardzo leżeć na sercu, przestało może być dla niego superważne lub uważał ewentualne skandale za nieistotne (zresztą trzeba ufać Bogu), czułby się w swym państwie bezpiecznie i o przyszłość się nie martwił. — Podsłuch pojawił się chyba za Hanny Suchockiej, którą następnie odsunięto od realnej polityki i zrobiono z niej naszą ambasadorkę w Watykanie. Przed Suchocką upadł, wskutek "nocnej zmiany" (kojarzącej się z odtąd także nocną pracą WOT-u w TVP na Jasnej, prawda?), rząd Olszewskiego, chyba właśnie o to chodziło, a odpowiedni wniosek, torujący Suchockiej drogę do władzy, złożył... poseł Piotr N., który następnie także został ambasadorem Polski w Watykanie. To chyba mówi samo za siebie. W dodatku w 1992 r. powstała piosenka Elektrycznych Gitar napisana przez niejakiego Sienkiewicza o "człowieku z liściem" (zob. pełny tekst): "Uważaj, to nie chmury – to pałac kultury – liście lecą z drzew, liście lecą z drzew", w której te liście można utożsamiać z promieniowaniem i wtedy będzie już zupełnie ten tekst pasować do Piotra Niżyńskiego. (Żeby było lepiej, drzewa istotnie mają to do siebie, że największe skupisko liści jest u góry.)   [Podsłuchów radarowych chyba w ogóle nie było przed 1991 r. (ani nawet Wojskowych Służb Informacyjnych, które je chyba wprowadziły do Polski, zresztą wojsko się bardzo z nowoczesną radiolokacją kojarzy) – uzasadnienie tej hipotezy (oparte na pewnym nagłośnionym przecieku z tajnej części raportu o WSI oraz na związanej z nim reakcji  warszawskiej telewizji regionalnej, a to przecież TVP-WOT się podobno podsłuchiwaniem zajmuje) można wyświetlić po nakierowaniu kursora myszy na link "[Od] ponad 20 lat" na samej górze bloga, pod linijką o premierze. Skoro 1991 czy nawet 1992 r. to początek podsłuchów radarowych, to ten drugi rok wydaje się tym bardziej już zupełnie pewny jako początek podsłuchiwania mnie, w świetle masy podsuwanych mi przez spikerów tortury lepszych i gorszych dowodów podsłuchiwania mnie od dawna.]   Kolejną dosyć silną poszlaką świadczącą za rokiem 1992 jako początkiem podsłuchu były słowa Andrzeja Wajdy, który opowiadając o telewizji publicznej (jak to nie jest polityczna ani publiczna, lecz pracownicza [i pewnie katolicka?]) skupił się zwłaszcza na Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym. "Była godz. 18. W każdej telewizji czas największej oglądalności i najintensywniejszej pracy. A tu pustka. Dwóch strażników ogląda TVN. (...) nagrywamy program (...) redaktorzy się rozjeżdżają, jako ostatnia wychodzi charakteryzatorka. Dwóch strażników ogląda TVN [czyt.: cudze]. Konkluzja? Lokalne telewizje trzeba uwolnić, a warszawską telewizję  zaorać! Tego się nie da zreformować" (i dalej: bo związki zawodowe, bo tacy są tam ludzie – wtajemniczeni powiedzieliby może: "przestępcy" – to oczywiście przesada, że główna wina nie jest winą kierownictwa, ale przesada o tyle dobra, że zwraca uwagę na również bardzo ważny problem oddolny). Później jeszcze posypały się listy od oburzonych (np. z zarzutem, że Wajda podobno nigdy w tym ich studio nie był), pisała też o tym Piekarska z TVP Warszawa na swym blogu. Nie chodzi w tej wypowiedzi tylko o to, że centrum zajmowania się mną jest, jak się zdaje, w studiu formalnie związanym dawniej z TVP Warszawa.   [Potwierdzenia, że to TVP Warszawa mnie śledzi, pochodzą m. in. od jednego świadka, który mi to wprost w 4 oczy powiedział, a właśnie werbowałem do pracy w planowanej gazecie, ponadto od mego ojca, który wymienił wprost telewizję w tym, co podawał psychiatrze, w czasie, gdy ja w ogóle takich myśli nie miałem: "czuje się obserwowany przez TV", a także potwierdził to poniekąd sam papież Benedykt XVI w czasie, gdy zaczynałem podejrzewać WOT: "Benedykt XVI odwołał szefa Watykańskiego Ośrodka Telewizyjnego"... Poza tym spikerzy non stop się do tego przyznawali i przyznają. Nawet w pociągach gra płynnie i bez żadnego urywania się czy zacinania się dźwięku, a zarazem idealnie na żywo, więc raczej są to jakieś transmisje z wież nadawczych radia i TV, zapewne nie od firm typu RMF FM, lecz ze spółki państwowej. W dodatku wozy TVP od czasu do czasu przejeżdżają obok mnie w Warszawie, dokładnie tak samo, jak np. ostentacyjnie jeździ obok mnie prawie codziennie po kilka wozów Policji czy ambulansów.]   Dziwne słowo Wajdy "zaorać" w odniesieniu do telewizji kojarzy się z... Januszem Zaorskim, przewodniczącym Komitetu do Spraw Radia i Telewizji "Polskie Radio i Telewizja" od końca 1991 r. do końca marca 1993 r., czyli głównie z 1992 r. Wyżej wymieniony radiokomitet pełnił funkcje analogiczne do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz współczesnych organów spółek handlowych Telewizja Polska S.A. i Polskie Radio S.A. (zarząd, rada nadzorcza). Kolejną wskazówką na udział telewizji jest sprawa mojej przekupionej chyba rodziny – TVP znalazła sobie (zapewne za pośrednictwem polityków) aż scenarzystę o tym samym imieniu i nazwisku, co mój wujek (nomen omen teraz ostatnio dawał mi się we znaki komornik Adam Wujek), czyli Wojciecha Niżyńskiego z Warszawy... To NIE moja rodzina, ale osobom postronnym zdaje się nią być (podobna sytuacja dotyczy tancerza z I poł. XX w. Wacława Niżyńskiego). Dodatkowe potwierdzenia pochodzą z branży nieruchomości i rynku nieruchomości. Gdy wynajmowałem dom od państwa Graff na jesieni 2014 r. (ul. Gajdy 40a), naszli mnie oni raz w garażu i wypowiedzieli m.in. takie oto słowa, zapewne o skandalu z Tuskiem: "Niech mnie to Kurier zaczyna! Ponawijaj panu, k**wa!" ("Kurier" to najbardziej znany program warszawskiej telewizji regionalnej). Wreszcie, przy nabywaniu nieruchomości, w kancelarii notarialnej, osoba uczestnicząca w sprzedaży (ze strony właścicielki) rzuciła do mnie: "telewizja!", natomiast później, gdy – za radą ludzi z sąsiedniego budynku gminnego, którzy mówili, że jest po odpowiedniej stronie na głębokości 5-6 metrów kabel od podsłuchu – wykonywałem z pomocą robotników pogłębiony wykop na tak nabytej działce, znalazł się tam niejako "znacznik" będącego niżej kabla, wskazujący jego położenie poniżej, w postaci urwanego kawałka kabla telewizyjnego. Jest o tym na blogu we wpisie z 22/04/2016.   edit 2017-06-04: Kolejna wskazówka, tym razem ze strony Sejmu, na udział telewizji to ustawa wprowadzająca Wojska Obrony Terytorialnej — WOT (por. WOT jako Warszawski Ośrodek Telewizyjny, obecnie TVP Warszawa). Druk sejmowy ma numer 966, taki, jak rok chrztu Polski, a zarazem w tytule ustawy jest "powszechny obowiązek obrony Rzeczypospolitej Polskiej". (Do kompletu takich poszlak można by dodać Jacka Majchrowskiego, prezydenta Krakowa, a przecież dyrektor TVP Warszawa to obecnie Sławomir Majcher, a także artykuł w Radiu Watykańskim "Benedykt XVI odwołał dyrektora Watykańskiego Ośrodka Telewizyjnego", WOT — nawet stosuje się podobną nazwę na ich telewizję CTV; artykuł ten był wtedy, gdy zaczynałem problem kojarzyć właśnie z tą komórką telewizji, przy czym później zmieniono mu nawet nazwę na "Watykan: nominacje w ośrodku telewizyjnym i biurze prasowym"; dzień po tej zmianie, bo 23. stycznia, zmarł prymas Glemp, prawdopodobnie samobójczo — jest o tym mowa we fragmencie na zielonym tle pisanym szarą czcionką i z paskiem koloru malinowego po lewej).

[edit 2016-01-27: W następującym tu starym akapicie chyba bardzo przeceniam wiarę Jana Pawła II, podczas gdy było z nią raczej źle i z "religijnością" osoby powszechnie znanej z wygłaszanych po polsku czytanek katechetycznych to wszystko niewiele miało wspólnego.]   [edit 2015-10-12: Za tym wszystkim – w tym nawet jeszcze za tą (zaplanowaną przecież przez niego) śmiercią Jana Pawła II, który nigdy przed nią NIE zdecydował się nakazać przestać mnie śledzić – stoi prawdopodobnie pewne umiarkowane(?) zwątpienie oraz spostrzeżenie u papiestwa, że w warunkach wolności i demokracji Kościół jednak przegrywa, traci wiernych. Jana Pawła II musiały boleć statystyki Kościoła w Europie, a nawet i w Polsce. Być może więc już on zrobił ten krok w stronę autorytaryzmu zupełnie świadomie: "ten człowiek będzie śledzony jeszcze długo, wszystkimi najgorszymi metodami – nie uwolnię go"? Albo po prostu zostawił to następcy do swobodnego zdecydowania, jako temat zbyt trudny, może nawet stąd jego "kompletna zapaść na zdrowiu" i odejście. Benedykt XVI to już, jak to odbieram, OD POCZĄTKU DO KOŃCA PAPIEŻ APOKALIPSY i postępów zła (p. edit 2015-09-30 poniżej, pierwszy komentarz) – począwszy od jego przybranego imienia, które dobrano tak, by aż nazbyt świetnie zgadzało się z przepowiednią św. Malachiasza (i zauważcie – tak, jak nieprawdziwie czy raczej ukrywająco tłumaczył on swą rezygnację, tak też – poczytajcie w tej liście papieży – początek swego pontyfikatu, czyli wybór imienia, tłumaczył czym innym, a być może główny powód ukrywał). Za czasów Benedykta XVI telewizja(?) organizowała mi m. in. wywoływanie wytrysków czy masową nagonkę ze strony tłumów obcych ludzi, doprowadzała do nieudanego samobójstwa (podsuwając takie myśli wprost), znęcała się różnorodnie (przyspieszany oddech, bicie serca, zwłaszcza wyciskana ślina itd., same najcięższe tortury, często po pół godziny czy nawet łącznie godzinę dziennie), podobno zorganizowała zamach w Smoleńsku (też na moją ciocię i jeszcze może pewne inne, w tym może nawet na mnie), załatwiono rozbój, nawoływano do złodziejstw i szykan... Widzę to tak, że papież robił przynajmniej niektóre z najgorszych rzeczy, o które można go tu podejrzewać, po to, by popularna przepowiednia wydawała się prawdopodobna, czego wydźwięk wydaje się jasny: "milczcie, nie pomagajcie albo naprawdę Kościół upadnie!" (??). Ale z drugiej strony przecież milczenie – w warunkach rozwijającego się antyludzkiego totalitaryzmu bandycko-szpiegowskiego – oznacza zgodę na zniszczenie demokracji i de facto początek systemu, z którego może na długo nie być ucieczki (gdy są jakieś bunty społeczne, zawsze można uderzać w ich organizatorów, w element przywódczy; naprawdę beznadziejna sprawa ta możliwość totalnej inwigilacji i prześladowania). Można było uderzyć się w pierś, Janowi Pawłowi II na pewno łatwo można wiele wybaczyć, przymknąć oko, zupełnie unieważnić, tymczasem (wyjdzie to później)  od pierwszych chwil Benedykta XVI wybrano taką drogę, która Kościół maksymalnie kompromituje (m. in. wciąganie poszczególnych parafii i księży do tej siatki), podobno zrobił to jako papież najbliższy ponoć współpracownik Jana Pawła II, jego kard. Ratzinger – dlaczego?... Chyba głównie na oddolny opór w narodzie przed pomaganiem Niżyńskiemu tu stawiano, a w dalszej konsekwencji – rozwój totalitaryzmu. To by zresztą szło w jednej linii z ich podejściem do zbrodni, jeśli takowe organizowali – liczy się efekt  uboczny, zmiana podejścia tego, co niby demokratyczne, niezależne i w "wysokie standardy" wierzące...]


        Oto, co działo się po 1992 r., czyli po uruchomieniu podsłuchu na mnie. Do 1993 r.(?) w rodzinnym (później już tylko matczynym) mieszkaniu zorganizowano instalację "radia" podprogowego w postaci odpowiedniej elektroniki, niby przypominającej podsłuch, a w rzeczywistości odpowiedzialnej tylko i wyłącznie za granie podprogowych podszeptów dla mnie na żywo (pewnie nie były to jeszcze telefony). Nie wiem, gdzie to umieszczono, może u sąsiada, może poukrywano u nas. Pierwotnym, chyba w samym zamyśle i zamówieniu podsłuchu tkwiącym, zastosowaniem instalacji podprogowej były bodajże nadużycia pedofilskie wobec mnie (por.: sprawa Petera Saundersa w Watykanie, ang. Peter = Piotr, sound = dźwięk; również kojarzy się z tym to o bERGo(g)Lio i nERGaLu, w którego przeistoczył się polski muzyk pierwotnie zwany Holocausto, jak jakiś nowy Hitler; także "przypowieść o księdzu [arcybiskupie] W."...) – występował w nich m. in. mem (topos) pójścia do łazienki (jak przy śmierci Blidy; film, który to spowodował, notabene skandaliczny o takiej porze, stosował najzupełniej nieznane mi określenie "ptaszek", "podrap ptaszka!" bodajże [co ciekawe, równiutko 2 miesiące przed śmiercią Jana Pawła II w Katolickiej Agencji Informacyjnej o dobrym stanie papieża zapewniał ks. prałat Paweł Ptasznik]pozornie nadawałby się na przyczynę onanizmu 6-latka, a więc ktoś może się postarał o gotowe "naturalne" wyjaśnienie, ale przy głębszej analizie sprawy nic z tego i nie mógł mieć na mnie żadnego złego wpływu natychmiast, takiego praktycznego: dokładnie zero, choć i tak był skandaliczny na zasadzie konieczności dmuchania na zimne przez ludzi od programu TV) – oraz inne prowokacje, np. to bodajże namówienie do pytania o "wroga" ok. połowy lat 90-tych, o czym opowiem później (we fragmencie na białym tle o zabójstwie). Mniej więcej wtedy też (1993, początek pseudonimu Nergal) w naszym śmietniku blokowym znaleziono trupa.   [Wracając do tematu onanizmu dodajmy tu na marginesie sam wynik obliczeń (stosunek 10 do 86400 [tyle jest sekund w dobie] × 0,67 [część dnia, przez którą dziecko nie śpi] × 365 × 4, przemnożone przez 100%): prawdopodobieństwo trafienia z masturbacją, robioną do końca, "neutralnym przypadkiem" w taką 10-sekundową chwilę początkową (wśród całego przykładowego okresu plus minus 2 lata; 10 sekund to tutaj pewne okno czasowe, odpowiadające dokładności przystawania momentu do słów filmu, w rzeczywistości można by tu przyjąć jeszcze mniejsze),  a nie nastąpienia owego kompletnego onanizmu właśnie wtedy wskutek spreparowanego podstępu z gotowym fałszywym wyjaśnieniem, wynosiło ok. 0,00001% – zakładamy tu już jako ustaloną bazę faktyczną, że z jakichś dziwnych przyczyn i tak musiałbym młodo w ten proceder popaść, natomiast jest swoboda nawet np. 4-letnia w wyborze konkretnego momentu. Film sam z siebie nijak nie mógł na mnie podziałać, więc w ogóle nie biorę go tu pod uwagę i kalkuluję jak dla zwykłej loterii. Swoją drogą: może to dlatego w 1997 r., czyli po wygaśnięciu zaczętej 1. stycznia 1992 r. kadencji Ghaliego, sekretarzem generalnym ONZ [oenzetu, brzmi podobnie do "onanizm", a przy tym jest to organizacja ważna dla zapewniania bytu Watykanu] został polityk z Ghany Kofi Atta Annan?... Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy nazwisko to (noszone przez swego czasu najsłynniejszego człowieka w ONZ-cie) jest w ogóle znaczące, to podpowiadam, że matka mówiła mi zawsze, gdy byłem mieszkającym z nią dzieckiem, że "kawy się dzieciom nie podaje". "Co najwyżej Inkę", taką sztuczną kawę zbożową, która nie zawiera kofeiny (i tą to niby-kawę mama podawała nawet całkiem chętnie). A zatem: ta bardzo ważna postać, związana z ONZ-em (co zresztą brzmi jak "onanizm"), tak się w umyśle rozszyfrowywuje: "Pedofil, ateista, Onan". Tak się podobał, że po dwóch kadencjach został też specjalnym wysłannikiem ds. Syrii, kojarzącej się z wojną i "zapomnianą przez świat" sprawą łamania praw człowieka na tej wojnie, i w tym to kontekście nagłaśnianą np. przez BBC ("łamanie praw człowieka w Syrii") — na tej zasadzie Syria zaczęła kojarzyć się mi (wśród setek zrobionych pode mnie nagłówków medialnych) z moją sprawą i, w szczególności, kanałem WOT / TVP Warszawa. Jak myślicie, kto mógł być tak wpływowy i potężny, a przede wszystkim poinformowany, by w ogóle taki polityk po pierwsze zaistniał w Ghanie, po drugie został aż wybrany przez większość sekretarzem generalnym w ONZ? Jest najwyżej kilka tak potężnych osób, ale praktycznie wszystkie inne typy pierzchną przed osobą samego papieża – bardzo wpływowego w stosunkach międzynarodowych; doskonale chyba wiedzącego o podsłuchu w polskiej telewizji; no i przede wszystkim: człowieka, który w ogóle mógłby mieć czelność o coś takiego prosić. Chyba to sam papież zorganizował.]   Wkrótce ja poszedłem do szkoły (lub ewentualnie zacząłem ją tuż przed tamtym incyndentem), nawet później do pierwszej komunii (to zdecydowanie "już po" wg mojej, słabej wprawdzie w tym temacie, ale jakiejś, pamięci), zaś w rodzinie zaczęło się dziać coraz gorzej, zwłaszcza u (raczej niechętnej wobec inwigilowania mnie) mamy. Miała  wypadek samochodowy (specjalność Policji? patrz też tutaj dalej o zabójstwie koleżanki, fragment w środku tego dokumentu i na białym tle) i od tego czasu, choć auto było naprawione, nie prowadziła już nigdy – samochód leżał i się kurzył u dziadka w Rypinie. Mamę następnie (1995 r.?) wyrzucono z pracy – Akademii Muzycznej w Warszawie (im. F. Chopina) na ul. Okólnik, w której to państwowej uczelni pracowała jako pianistka-akompaniatorka (następnie, dużo później, bo za rządów PO, zmieniono nazwę tej wąsko wyspecjalizowanej uczelni na "Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina", wbrew rzeczywistemu znaczeniu słowa "uniwersytet", jak gdyby jakiś amator dorwał się do prawa — zrobiono to chyba tylko po to, by podkreślić, jak uczelnię tę "politycznie zreformowano"...); nie podjęła już później nigdy żadnej innej. Mówiło się w rodzinie, że to podobno za to, że była skonfliktowana, źle dogadywała się z ludźmi, choć w rzeczywistości nastąpiło to zupełnie z zaskoczenia — nikt tego nie przewidywał. We właściwym świetle ten problem pokazuje jednak dopiero lubiane przez nią powiedzenie "Mamo! Koza ['ciupa'?] na mnie patrzy" (to to może jeszcze niewinne) oraz zwłaszcza to, że opowiadała dzieciom o niewidocznych "antenkach", jakie mają na głowach (opiszę to za chwilę), choć ja w ogóle tego tematu wtedy (i aż do przełomu 2012/2013 r.) nie rozumiałem. Ojciec i brat jej to często wytykali, a poza tym po wielu wielu latach, gdy rozpętał się już stalking, matka też wielokrotnie okazywała, że jest w temacie śledzenia mnie zorientowana i ma dziwne kontakty, choć zamiast się do tego przyznawać wolała kłamać.   (Ostatnio, za PiS-u, zwolniono gen. Kozieja, odpowiedzialnego wg telewizji za Smoleńsk – tłumaczono to likwidacją stanowiska – może zrobiono to na podobnej zasadzie, a więc politycznie: da się!)   I też nie podejmowała już odtąd żadnego zatrudnienia, zapewne rozumiejąc swój los (mało jest zresztą pracy dla pianistek). Co więcej, narastały kłótnie między nią a ojcem, których w latach 80-tych nie było chyba tak dużo (w tej sprawie trzeba już pytać raczej mojego brata) – doprowadziło to wszystko do wyprowadzki ok. tydzień po wyrzuceniu z pracy, a następnie do rozwodu. Ojciec później wielokrotnie opowiadał, że uważa matkę za chorą psychicznie (być może odwoływał się tu do mego nazwiska, kojarzącego się z Nietzschem, czyli chorym pod koniec życia filozofem, oraz do tego, że ciocia Ania Uzdowska, czyli siostra matki, była schizofreniczką) – jednym z oficjalnych argumentów na poparcie tej tezy, u mego świetnie zapewne zorientowanego ojca, było to, że mama opowiadała coś o niewidocznych antenkach na głowie dzieci (sic!) itp. oryginalne wymysły – w rzeczywistości próbowała pewnie być uczciwa w sprawie podsłuchu. Ojciec wyprowadził się od matki w jakimś 1994-1995 r., a w 1996 r.  matka z jakiegoś głupawego powodu (bodajże było to wkładanie przez mego brata palca do zupy)  wywaliła nas z mieszkania i nie chciała wpuszczać (to taka alegoria spraw religijnych?), przez co schroniliśmy się z bratem u ojca i już tam zostaliśmy. Ja te rzeczy niezbyt przeżywałem, bo za bardzo byłem zajęty programowaniem komputera i czytaniem o tym, a także szkołą i muzyką. Tatę prawie zawsze nazywałem "ojcem", nie "tatą", może to jakiś wpływ matki albo przekazu, bo ten bywał już chyba sporadycznie w latach 90-tych. Później jeszcze sąd przyznał dzieci ojcu w ramach procesu rozwodowego (matka nigdy nie przyszła na żadną rozprawę i ja też nie byłem zapraszany, aczkolwiek zaznaczam tu tylko, że wg relacji ojca było na nich coś ciekawego, co – jak mi się teraz zdaje – spowodowało później spisek z wywołaną pedofilią i śmiercią abpa Wesołowskiego) – bodajże pod koniec lat 90-tych. Odtąd u ojca utarły się pewne stałe sformułowania sugerujące, że matka mu nie odpowiada jako osoba zbyt religijna i rozmarzona i że jest już właściwie życiowo skończona, np.: uważaj, bo [jak tak będziesz robił, to] "skończysz jak twoja matka", "twoja matka jest osobą kompletnie  niezaradną życiowo", "ona jest chora psychicznie", "ona się wspaniale nadaje, żeby śpiewać w pierwszym rzędzie chórów anielskich... ale życiowo, tu, na ziemi, jest zerem" – "nie chcę mieć z nią nic wspólnego". Przecież to małżeństwo zawarto bodajże pod koniec lat 70-tych, a w 80-tych, w normalnych czasach PRL, mama była zwykłą pracownicą akademii, jakiej tu zaradności "życiowej" potrzeba. Prawdopodobnie (1) niejeżdżenie samochodem, (2) rozpad rodziny, (3) wyrzucenie z pracy dosłownie w kilka dni przed czy po wyprowadzce ojca – były to wszystko konsekwencje lekceważenia władz i buntu wobec nich, a zarazem religijności, u mej mamy. Tyle mam do powiedzenia w sprawie pierwszych lat na podsłuchu telewizji (jeszcze dziś mi dowodzą spikerzy, że wszystko o tamtym okresie wiedzą, znając nawet sytuacje prywatne, nie wśród ludzi). Niestety później, po latach podsłuchu, gdy rzecz zaczynała wychodzić na jaw za sprawą obcych ludzi (zorganizowano masowy stalking mafijny), matka nie potrafiła się zdobyć na nic więcej niż kontekstowe aluzje, bo pytana wprost o przyczyny swych skojarzeń i wypowiedzi wymigiwała się od odpowiedzi lub kłamała.

        Aby pokazać Wam, jak bardzo pewne (czy potwierdzone) jest to, że doszło do pedofilii...   [rozwiń fragment...]
  (Szukasz dodatkowych potwierdzeń? Zobacz punkt o "IRCD-RATBOX" na Liście Doborów Po Nazwisku.)


edit 2015-10-14: Papież chyba tylko raz w ramach pielgrzymek do Polski przemawiał do jakiejś konkretnej firmy; tą firmą był LOT, czyli linia lotnicza (porównaj: WOT, Warszawski Ośrodek Telewizyjny, który mnie podobno śledzi) – przemówienie było w 1999 r., czyli po 7 latach śledzenia mnie; miałem wtedy 12 lat. "Wykonujecie swą pracę, która może nie jest tak bardzo dostrzegana przez ludzi", Bóg "także w ukryciu widzi trud człowieka", "Po raz  siódmy korzystam z życzliwości LOT"; poza tym: rozwijanie, unowocześnianie, pamięć o człowieku... a na końcu wzmianka, że kojarzy mu się ta firma jeszcze z inną i bardziej z nim związaną. Przyjrzyjmy się natomiast, dzień po dniu i słowo po słowu, ostatniej papieskiej pielgrzymce, z 2002 r. – bo w rzeczywistości niewiele w niej było treści poza kurtuazyjnymi podziękowaniami i pozdrowieniami, a tę, która była, łatwo odnieść do niniejszego skandalu. TU MACIE ZAPOWIEDZI (TEKST A), po kliknięciu, z samej słynnej papieskiej Franciszkańskiej(!), że – o ile to wszystko naprawdę na jakimś spotkaniu osobistym (bo przecież nie przez telefon... nie na zasadzie pogłoski...) Jan Paweł II z politykami uzgodnił – już w pierwszych chwilach w 2002 zwracano uwagę być może (bo sama ta rzecz jest dosyć istotna i przyciąga do siebie myśli!) o tym, że w tle pielgrzymki jest  jakiś Piotr. Że może jestem już długo(!) szpiegowany – trochę to samolubne, prawda?... (Albo może o co innego chodziło? o tego kolejnego papieża na liście św. Malachiasza, który ma być pomiędzy JP2 a Piotrem, i którego pontyfikat może zająć [w przyszłości] tyle, co JP2 już wtedy trwał?) Lub może, że  wymieniony tam poufale Pietrek jest kimś młodym, nie po studiach (te są zwykle w wieku ok. 18-23; ja akurat wtedy, w czasie pielgrzymki, miałem niespełna 16). Zauważcie, bo to zabawne: stary papież mówił o kimś, a prawdopodobnie nikt wtedy nie wiedział, o kogo chodzi! "A  tamten, jakiś tam koleś..." Co najwyżej jakieś domysły; jeśli naprawdę o kogoś z obecnych (żaden biskup na pewno), to i tak przecież papież znał i innych, tam ich wiele było, więc trochę "dziwny traf z imieniem", prawda? Teraz się to wyjaśnia. Co tam wtedy jeszcze było ciekawego?  Fatalistyczny ton: "nic nie poradzimy... Jak są młodzi to są młodzi, nie ma wyjścia..." (znane jest hasło z fatalistycznej piosenki: "co ma być, to będzie"); do kolekcji jest i taki cytat z tej samej krótkiej pielgrzymki, mieszczącej się raptem na kilku stronach: "bez perspektyw poprawy swego losu i losu swoich dzieci". Okrzyki niechęci wobec polityków z tłumu. Hasło pielgrzymki: "Bóg bogaty w miłosierdzie" oraz  przesłanie miłosierdzia (kojarzy się z darowaniem win, wybaczeniem i współczuciem), które ma być tożsame z "przestań się lękać"(!!!)oto inne słowa Jana Pawła II (TEKST B) – nie wiem, o co innego mogłoby chodzić, bo nie o bieżące sprawy społeczne czy nie daj Boże polityczne, nie o jakiś tam lęk kapitalistyczny, związany z wolnym rynkiem ("Przynoszę przesłanie miłosierdzia: Polsko, przestań się lękać! [bo Bóg ma mnóstwo miłosierdzia]" – przecież bez sensu w takim kontekście), a w kontekście religijnym to można chyba tylko na jeden sposób zrozumieć: tak, że w tle są tu kwestie wolnej woli i odpowiedzialności, nawet w ogóle istnienia grzechu, choć na razie bardzo niejawnie. (Może więc: "Dochodzą nas wieści, że chyba nawet zupełnie deterministycznie działa ludzki mózg"? Odsyłam do ww. tekstu B i właśnie tam, podobno, żartu o konstrukcji fotela [posadowienia dla "duszy"?...]. "Stać na mszy" kojarzy się z "nie klęczeć" – bo jest się niewierzącym... Zresztą i bez założenia, że panuje determinizm, też łatwo przeczyć istnieniu wolnej woli.) Przeczytajcie ww. tekst B ("oto inne słowa Jana Pawła II") koniecznie, wnikliwie. Też zresztą jest w nim fatalistyczny akcent ("bez perspektyw poprawy swojego losu"), po raz kolejny, więc może już wtedy świtało im to zainteresowanie Nietzschem – tym najsłynniejszym z w miarę nowych filozofów fatalistycznych i z tego powodu immoralistycznych – które u Benedykta XVI (bliski współpracownik Jana Pawła II! kardynał z Kongregacji Nauki Wiary, zajmującej się formułowaniem i egzekwowaniem nauczania) pojawiło się już w pierwszej encyklice; podobnie u Franciszka (jeszcze ze złowrogim odcieniem m. in. "troski o rodzinę" – proszę porównać z listą zbrodni we wpisie na blogu o Smoleńsku – i o mój samochód, i o wolność woli), a to wszystko zawsze wręcz na samym początku [tych ich pierwszych] encyklik. Wreszcie: historiozoficzny i związany z przepowiednią Malachiasza akcent, dotyczący losów Kościoła, mógł też mieć odzwierciedlenie w dokonanym właśnie wtedy jednorazowym mistycznym "akcie zawierzenia całego świata Bożemu miłosierdziu" – ta globalność, o ile miłosierdzie skojarzy się, jak wyżej, ze sprawą odpuszczania win, odpowiedzialności, wolności (czy niezawisłości) woli [a pielgrzymkę skojarzy z wątkami apokaliptycznymi, zwłaszcza dla Kościoła katolickiego], brzmi jak zgoda na to, że rezygnujący z idei grzechu fatalizm może wygrać, przy okazji zresztą, być może, właśnie przygotowywanego skandalu – bo jak inaczej niż skandalem nazwać takie szpiegowanie medialne połączone z przekazem podprogowym. "Boże, wybaczaj, bo są takie a takie argumenty".

Może faktycznie trzeba zaufać doniesieniom podobno od archiwisty, iż Jan Paweł II w 2003 sporządził notatkę, którą po śmierci przeczytali kardynałowie, że (podobno w związku z chorobą i cierpieniem, a ja myślę, że też w związku z rozumem i tym, co się szerzy na świecie) narasta w nim antyteizm. W każdym razie wygląda mi to na to, że – jeśli przy tym wszystkim, organizując nieznanemu jeszcze Piotrkowi WŁAŚNIE WTEDY CHYBA taką rzecz, perwersyjnie powiada zarazem, że  "sprawy polskie leżą mu szczególnie na sercu"(!) – chyba chciał nieco osłabić klerykalizm Polaków, który, jak może uznał, jest niepotrzebnie za mocny, a wiara niepotrzebnie za ślepa i głęboka w sensie przywiązania, a prymitywna i płytka w sensie rozumu. Może wręcz, bez ironii, w ogóle jest im zbędna i należałoby ich jej pozbawić, uczynić świeckimi humanistami – są przecież inne (bardzo już zlaicyzowane) narody, o przekształconej już kulturze, może one nie pójdą całe do piekła, prawda? (Takie uznawanie dystansu wobec religii za wywyższenie swego narodu i dumę ma nawet pewną tradycję w filozofii. Schopenhauer podobno poczytywał Niemcom za chlubę, że mają zadatki, by stać się pierwszym niechrześcijańskim narodem Europy. Podchwycił to później i Nietzsche, zob. ten fragment z książki "Wiedza radosna". Przecież papież urządził niezły skandal, jako jakieś celowe potknięcie, skazując człowieka niemal na bycie okazem w zoo albo i czymś gorszym, a robił to mając w myślach słowa przepowiedni, która zapowiadała późniejszy triumf tego "Piotra" na tym świecie. Oczywiście, jeśli ktoś koniecznie chce zachować w pamięci Jana Pawła II jako tego tradycyjnego kaznodzieję, przyciągającego ludzi do religii, jeśli ktoś koniecznie chce – może wbrew faktom – widzieć go w tym jako misjonarza pokutnictwa katolickiego, to niech się dopatruje, całkiem dosłownie, we mnie jakiegoś przyszłego papieża. Ale przecież oni często zmieniają imiona...) Na pewno – tak na początku pontyfikatu, jak i pod koniec – można u Jana Pawła II dostrzec, jako jego mniej jasną stronę,  ślady rozgrywających się w jego umyśle argumentów dotyczących ateizmu, a zwłaszcza te dwie sprawy:

  1. tzw. dylemat determinizmu (problem w pojęciu "wolnej woli" niezależnie od przyjęcia determinizmu lub indeterminizmu) – już powyżej przytoczone były pewne fatalistyczne cytaty (również bodajże w encyklikach można trafić na cytaty, wskazujące na świadomy problemu tok myślenia) oraz owo sugerujące bardzo małe znaczenie "wolnej woli" samo przesłanie pielgrzymki, a można tu też doliczyć słynne powiedzonko Jana Pawła II tuż po wyborze na papieża: "i jak, Stasiu, dziwisz się czy nie dziwisz?" (ten sam rzeczownik może być używany jako pospolity lub nazwa własna, tj. nazwisko kardynała, choć pewnie etymologicznie i tak pochodzi to od pospolitego znaczenia; porównajcie z alternatywą postawioną w dylemacie: przypadek czy konieczność? z determinowaniem czy bez niego? wywiera wpływ czy go nie wywiera?) – co ciekawe, to właśnie chyba ta kwestia filozoficzna przesądziła u Jana Pawła II za opowiedzeniem się przez Watykan za teorią, że "o zbawieniu (pójściu ostatecznie do nieba, a nie do piekła) decyduje wyłącznie łaska a nie, choćby w jakiejś części, jakakolwiek wewnętrznego pochodzenia zasługa człowieka", czyli po prostu bodajże za kompatybilistyczną teorią opatrznościową jak u św. Tomasza (dowód: Wspólna Deklaracja Katolików i Luteran o Usprawiedliwieniu z końca XX w., czyny człowieka wyjaśnia tam tzw. konkupiscencja, czyli ogólna skłonność do zła, oraz łaski); zachodzi jakieś rozdawanie łask i ułożono z tego odpowiednio dobry świat, opatrznościowo; z tego punktu widzenia wprowadzanie przypadkowości, bo tylko tak już można to rozumieć (na pewno nie wewnętrzna zasługa jakaś wypracowana!), nie ma już sensu i podobnie cały ten tzw. libertarianizm, czyli wiara w indeterminizm jako ośrodek czy konieczny wymóg wolnej woli, stracił już w Kościele oficjalnie sens od końca XX w. (mało kto to wie!) – oraz
  2. (bardzo ważne! bo to nie czysty rozum, lecz wiedza) problem nieba (powyższe do bpa Dziwisza, następnie na pożegnanie dwuznacznik(?) o "domu Ojca", a jeszcze dobitniej w homilii z 2002-08-17 niemal ściśle w tę kwestię trafiającej: w akapicie 3, choć to przy okazji świątyń było: ["mimo wszystko",] CZY BÓG JEST GDZIEŚ SZCZEGÓLNIE? – naiwni pomyślą, że to tylko o tę świątynię chodziło, ale chyba sama pielgrzymka do Polski była zorganizowana właśnie w związku z podsłuchem i poniekąd po to, by go zorganizować: świątynia to zapewne tylko przypadkowy dodatek, zresztą czytajcie po tym punkcie o szokującej tezie TV). Przecież nawet ludzie uczeni  przez co najmniej 1650 lat chrześcijaństwa, a nawet jeszcze całe stulecia dłużej (patrz np. dziełko Kanta dopiero z 1755, długo bez anglojęzycznego przekładu), wierzyli, że  niebo w sensie Królestwa Bożego po prostu otacza świat jak jakaś dodatkowa nałożona nań sfera niebieska (taka albo zgoła płaska-warstwowa koncepcja świata funkcjonowała już u Żydów, jest mnóstwo śladów w Biblii), zaś wśród ludu wiara, że to jakaś część świata, trwała być może  nawet przez 1900 lat (czyli do wielkiego rozwoju astronomii, astrofizyki i kosmonautyki w XX w.), jak to jeszcze w XIX w. zaświadcza nam (jasnowidzący już wtedy?) wieszcz Mickiewicz [tutaj po kliknięciu (na dole) można poczytać o sprawie szacowania odległości planetarnych i gwiezdnych metodą paralaksy, już w XVII w.]. Np. tutaj na zewnętrznej sferze niebieskiej ilustracji kosmologicznej widnieje napis: "Królestwo Niebieskie, dom Boga i wszystkich wybranych" (w Biblii mamy jeszcze wskazówki odnośnie innych mieszkańców, np. anioły, ptaki). Jest to więc druga teza ateizmu, z którą dyskutuje czy raczej po prostu którą nagłaśnia Jan Paweł II. Zresztą w tymże fragmencie kazania osoba wtajemniczona łatwo znajdzie akcent podsłuchowy i zarazem nietzscheański. W akapicie 3 mamy więc najpierw cytat z Biblii: postawienie pytania i trochę oburzoną odpowiedź zaczynającą się od "Przecież". Następnie zdanie papieża: "Tak, na pierwszy rzut oka wiązanie obecności Boga z pewnym określonym miejscem może się wydawać  niestosowne". [Zaraz później przytacza się – z tej samej księgi parę zdań dalej! a już była nadzieja... – cytat, że jednak tak, Bóg przebywa gdzieś szczególnie, w niebie. Wyrzucić fizyczne, kosmologiczne niebo z Biblii to przekreślić jej co drugą stronę – są tam chmury (kilkanaście razy powtórzony opis powtórnego przyjścia w Nowym Testamencie), ptaki (Mt 6:26 – porównać grecki oryginał z angielskim czy polskim tłumaczeniem... jeszcze wyraźniej w apokryfie Ewangelia Tomasza), skrzydlate anioły – naprawdę mnóstwo tego... Proszę nie sugerować się zbytnio dwoma "pułapkami", które czyhają na analizującego Biblię w kwestii nieba (...) – rozwiń uwagi...] A teraz porównajcie to z dotyczącym przecież tego samego (ale potępiającym rzecz przeciwną) cytatem z samego wstępu książki "Wiedza radosna" ateisty Nietzschego (nie każdemu chce się czytać całą książkę!): "Czy to prawda, że Pan Bóg jest  wszędzie obecny? – pytała dziewczynka swą matkę. – Ależ to  nieprzyzwoicie". Parafraza jest tym jaskrawiej wyraźna, że oba fragmenty kończą się uwagą o byciu niegrzecznym (można w ten sposób obrazić chrześcijan). ("I tak źle, i tak niedobrze, ale o tym powie wam już moje alter-ego związane z Nietzschem, Piotr N." – proszę porównać z dylematem determinizmu.) Nie tylko o odwołanie do filozofa tu chodzi, bo zastosowawszy je dopiero wyraźne staje się  tło podsłuchowe i skandal związany z tym, że papież, telewizja, radar pasywny mogą podsłuchiwać człowieka bez bycia w pobliżu i bez względu na jego przemieszczanie się. (Więcej o tym w bardziej religijnym kontekście, nie tylko jako "niegrzeczności", jest w drugim akapicie tekstu na różowym tle, niżej w tym dokumencie.)

Spikerzy tortury (telewizyjni?) podsuwali tu jeszcze sugestię, jakoby następujące zapytanie z okna Franciszkańskiej w ramach, jak to KAI może na odgórną prośbę nazwała, "»żarcików« papieża z młodzieżą" (16/08/2002): "a byliście w Toronto? ja byłem... może jeszcze jutro wam powiem" [!] (po czym, po jakiejś minucie przerwy: "jakby się kto pytał, Franciszkańska 3!") nawiązywało do ww. problemu nieba i do  autora przesłania pielgrzymki – cytatu "Bóg bogaty w miłosierdzie", czyli do przyjaciela apostołów św. Pawła (związanego zresztą z ewangelistą św. Łukaszem, a więc i nawet słynnym wspólnym źródłem Q, od którego podobno aż 3 ewangelie pochodzą) – malowidło tego św. Pawła zresztą właśnie nazajutrz papież otrzymał (wiedział to z góry?). Wiadomo, z jak wielkim trudem papież mówił, więc istotnie mogło tu być jakieś drugie dno, tym bardziej, że temat nieba mamy i w ww. homilii,  właśnie nazajutrz, tj. 17/08/2002, wygłoszonej(!), i tego też dnia nastąpił odbiór portretu św. Pawła – podczas gdy do zjazdu młodzieży w Toronto papież jakoś wtedy nie powrócił, tak jak i św. Paweł swych podobno bardzo osobliwych przeżyć nigdy szerzej za życia nie zrelacjonował – jakoś mu się nie chciało (dosyć podejrzane) lub może uważał to za niekorzystne dla swej nowej religii... Zaś literalnie potraktowany temat spotkania młodzieży w Toronto pojawił się ponownie – niechcący? – dopiero POJUTRZE względem tamtego dnia, czyli 18/08/2002 przed modlitwą Anioł Pański w południe – czyli jakby w drugiej kolejności względem... spraw św. Pawła i "nieba", Nietzschego i – specjalnie też przeznaczonego na okoliczność tej podsłuchowej, czyli związanej chyba z kompromitowaniem Kościoła, pielgrzymki! – aktu "oddania świata Bożemu miłosierdziu" (które wszystko przebacza, bo wszystko rozumie? cyt. z Antychrysta Nietzschego, również sam początek książki, o "sirocco"). A o co chodziło z tym Pawłem? ["Też oszust"?] W listach apostolskich, 2 Kor 12:1-5, pojawia się, że przed 13 laty został on [najprawdopodobniej on sam, jak to z tekstu i faktów wynika] "porwany aż do trzeciego nieba" i widział [może nawet nieprzyzwoite] szczegóły – to trzecie niebo oznacza zresztą nic innego jak sferę niebieską nr 3 z 7, czyli trochę przeleciał, ale nie aż tak dużo (w Koranie jest też podobna sytuacja, zresztą sporo tego w Starym i Nowym Testamencie, zobaczcie, przecież nawet z ust Chrystusa).   [Nie mam nic przeciwko tezie, że mu się to tylko przyśniło, choć tak wcale nie pisze. Ale to już pokazuje podejście do prawdy, do rzeczywistości, brak samodyscypliny w tych sprawach (jeśli przyjąć, że on do żadnego nieba nie został porwany, tym bardziej do trzeciego). Siostra Faustyna Kowalska pisała już skromniej, o jakiejś "wizji" (to "trzecie" jest zupełnym fałszem i wplecionym urojeniem pochodzącym ze zmyślonego niegdyś przez Greków błędu). Zresztą w Biblii jest dużo więcej ważniejszych fragmentów opowiadających o niebie, przecież choćby sama modlitwa "Ojcze Nasz" czy wyznanie wiary na mszy – ich spory spis jest, powtórzmy, tutaj.]   Ów Paweł zresztą już w XIX w. zaczął być traktowany jak oszust, fałszujący właściwy sens chrześcijaństwa i robiący z niego Kościół (pełen wywyższania Chrystusa i kapłanów, a wbijania w ziemię reszty): wyraz tego mamy m. in. w słynnym dziełku Antychryst Nietzschego (notabene prof. filologii klasycznej), może to w ogóle stamtąd ten pomysł, czyżby papież chciał takim kalendarzem pielgrzymki i wypowiedzią wyrazić przychylność wobec antyteizmu, czy to tylko głupi przypadek i nadinterpretacja? (W "Antychryście" dokonuje się zresztą zdefiniowania dobra i zła w taki sposób, żeby mieć na uwadze istnienie na tym świecie i nieszkodzenie własnym interesom, a więc postuluje się, że świat za dobry nie jest, obowiązują bezlitosne prawa natury, należy więc grać tak, by wygrywać – poniekąd jak u Machiavellego. Porównajcie to z, wręcz głupawym bez tego, następnym z kolei gadulstwem z okna papieskiego: "Jakby się kto pytał, Franciszkańska 3!" – jeśli tamto było o niebie, to tu jeszcze mamy dodatkowe potwierdzenie na zasadzie "tu jest ziemia" – "bo tutaj jest jak jest, po prostu"... Kontrast niebo-ziemia jest w religii kluczowy, w dodatku tutaj jeszcze byłby dodatkowy trop w postaci "Antychrysta" Nietzschego, zaraz to jeszcze wyraźniej zobaczymy, podczas gdy samo w sobie zestawienie Toronto z gadulstwem o Krakowie nie ma żadnego głębszego sensu. Bredzenie związane z demencją, towarzyskie bla-bla?)

Nie czepiam się tu w ostatnich akapitach, wspólnie ze spikerami, źle interpretowanych półsłówek, bo papież w ciągu tych kilku dni pielgrzymki nie mówił wcale tak dużo, a to, co mówił, było albo pełne serdeczności, uczuć, grzeczności, a mniej religii, czyli stanowiło przysłowiowe "lanie wody", albo było gorzko przesiąknięte symbolami zwątpienia. Zaś kalendarz pielgrzymki, a nawet wypowiedzi, to zapewne rzecz z góry ustalona.   [Tu jeszcze wyjaśnienie odnośnie dylematu determinizmu: (...) – rozwiń uwagi...]

Wspominając siostrę Faustynę na pielgrzymce z 2002 r., papież-Polak powiedział: "Niech się spełnia zobowiązująca obietnica Pana Jezusa, że stąd ma wyjść «iskra, która przygotuje świat na  ostateczne Jego przyjście» (por. Dzienniczek, 1732). Trzeba tę iskrę Bożej łaski rozniecać. Trzeba przekazywać światu ogień miłosierdzia. W miłosierdziu Boga świat znajdzie pokój, a człowiek szczęście!". Zaczyna się w ogóle to wystąpienie od cytatu z Dzienniczka siostry Faustyny, co (taki styl z rozpoczęciem od cytatu) nieco przypomina np. rozdziały książki "Wiedza radosna" Nietzschego (filozof ten pod koniec twórczego okresu życia, przed szaleństwem, podpisywał się w listach Ukrzyżowany), a jeśli dodamy do tego po pierwsze odwoływanie się do tego, że Bóg "na pewno jest w szczególnym miejscu tego świata, niebie" oraz po drugie powyższe wnioski o tym, że papież może pielgrzymując pod takim hasłem ma na myśli po prostu wyzwolenie ludzkości i w szczególności Polski od lęku przed PIEKŁEM ("wojna z terrorem"), zapewne i od klerykalizmu i paru innych rzeczy (np. rozliczania przez Boga), to wszystko nabiera sensu: pakowali mi do głowy Nietzschego od początku, od grudnia 2005 r. (zechcieli mnie nim zainteresować podprogowo na miesiąc przed publikacją encykliki Deus Caritas Est, wymieniającej tego filozofa, i zasugerowali książkę Niewczesne rozważania – czytałem to bodajże akurat w okolicach przerwy świątecznej: Bożego Narodzenia 2005 i Nowego Roku 2006), zaś dręcząc mnie i demonstrując, do czego może prowadzić zwyrodnienie, widocznie rozważają plan przyznania mi jakiejś roli w polityce, której towarzyszyć będzie osłabienie czy nawet koniec roli Watykanu: "potem nastanie okres pokoju i pomyślności, opartych na poszanowaniu praw człowieka" (pkt 5, ostatni akapit homilii – por. z przepowiednią dot. papiestwa).

Zauważcie wreszcie (wbrew spodziewanym kłamstwom!), jak ten papież umarł ("My, nieustraszeni"? zob. tekst na żółtym tle pod koniec niniejszej analizy, odsyłacz "następny rozdział tej książki") – śmierć była zamierzona, co przecież sam wyjawił słowami, a może nawet zlecona, bo tak niewiele czasu dzieliło jego ostatnie słowa od śmierci (trzeba by to jakoś zbadać). Co ciekawe, śmierć ta nastąpiła w 9666 dniu pontyfikatu: biorąc pod uwagę ostatnie cyfry, prawdopodobieństwo trafienia w taki ich układ wynosi jeden do tysiąca (0,1%) – a wielu może pamięta, że wg Biblii słynnym symbolem szatana jest liczba 666 (prawdopodobieństwo, że to dobrano i że doszło do samobójstwa, można szacować jako małe, np. 10% czy zgoła tylko 0,5%, ale raczej i tak jest np. stu- czy pięciokrotnie większe niż to 0,1%, czyli stanowi słuszniejsze przypuszczenie, z poziomem pewności np. 99% czy 80%; ewentualnie ktoś mógłby to zdziałać wbrew samemu papieżowi, ale czytajcie dalej). Ponadto w roku 966 miał miejsce chrzest polski, tu więc jak gdyby chodziło o coś przeciwnego. Samobójstwo, zwłaszcza ze zgorszeniem, to wg oficjalnego Katechizmu Kościoła Katolickiego i zwłaszcza różnych rachunków sumienia (a także nauczania samego Jana Pawła II) grzech śmiertelny (pojęcie tzw. uporczywej terapii i jej odmowy rezerwuje się w Kościele dla dziwacznych, niepewnych, nietypowych metod leczenia, tj. takich działań-czynności, które same w sobie niekoniecznie prowadzą do skutku polegającego na podtrzymaniu życia, są niejako eksperymentami lub próbami – zwykłe, choć sztucznie podtrzymujące życie, zabiegi zdecydowanie nakazuje się prowadzić i przerwanie ich jest "nieuprawnione" – KKK 2278-2279 o eutanazji), a kto umiera w stanie grzechu śmiertelnego (inaczej: ciężkiego), idzie do piekła, podaje Katechizm (powtórzę: w każdym razie z niczym dobrym się taki piotrkowy "dom ojca" raczej nie kojarzy). Ukryte przytaknięcie przez Jana Pawła II teorii "nie ma piekła i nie ma nieba"? Przy tym godne odnotowania jest, że  nie tylko ostatnie słowa papieża "pozwólcie mi odejść do Domu Ojca" (dom piotrkowego ojca raczej z niczym dobrym się nie kojarzy!) wskazują na możliwy ukryty i podobno grzeszny zamiar stojący za jego umieraniem – związany z tą aferą i polegający na   [może przesadnym? zbytecznym? ale wśród ludzi bardzo religijnych, regularnie praktykujących, zapewne nierzadko takie poświęcenie siebie samego ma miejsce]   uderzaniu w siebie i samopotępieniu, ogłoszeniu wszem i wobec "jestem dekadencki" (schyłkowy, w specjalnym rozumieniu). Co zresztą jest jednym z argumentów przeciw chrześcijaństwu we wspomnianym "Antychryście" – stały temat u Nietzschego, tego filozofa słynącego z tematu "śmierci Boga". Otóż taką wskazówką na ten podsłuchowo-dekadencki kontekst tematyczny (a zatem może i sugestią, że było to naprawdę samobójstwo, a więc i nawet niewiara) może być też zastosowany na krótko przed śmiercią JP2 zabieg tracheotomii w związku z jakimś tam, podobno, zakażeniem wirusem grypy: ten rzadki i przerażający wtedy zabieg charakteryzuje się tym, iż wprawdzie ingeruje w ciało, ale pozostaje też dostrzegalny poza ciałem, jako wystająca  rurka. Analizując to jeszcze głębiej, rury kojarzą się z przekazywaniem czegoś, a nawet komunikowaniem się – ba, w nowoczesnej telekomunikacji łącza telekomunikacyjne nazywa się po angielsku "pipe", co po polsku znaczy "rura" (a Watykan niewątpliwie coś z łączem telekomunikacyjnym – mianowicie z Polską – miał już wtedy do czynienia). Otóż analogicznie  remont, umożliwiający podprogowe nadawanie myśli ze ścian, polega na  ingerencji w – zwykle nienaruszaną – strukturę nieruchomości, przy czym jego skutki oddziaływują także na zewnątrz ścian, a nawet jeszcze na zupełnie innych ludzi, niczym ta wystająca rurka. Pomyślcie: czyż nie był to celowy teatrzyk, skoro aż tak jest zbieżny z, jak się obawiam, prawdziwym a ukrytym skandalem (plan międzynarodowy dla całych państw, pozostawiony w spadku następcy, który on zresztą zaraz chyba zaczął realizować)? Strasznie nieprawdopodobny byłby to zbieg okoliczności!

[Dla porównania – oto, jak kończyli prymasi (mniejsza już tu z innymi hierarchami, o których mowa na blogu):

Oprócz dnia pontyfikatu nr 9666 (czyli +9665 względem pierwszego, zobacz obliczenie) charakterystyczne jest, że papież Jan Paweł II umarł na 2 tygodnie przed początkiem matur, czyli egzaminów dojrzałości (i m. in. ja miałem właśnie w tym roku maturę). Pewnie to tak Ministerstwo Edukacji celowo urządziło (tak, jak wcześniej np. załatwiło mi "deklarację niewiary" mego kolegi z klasy Wesołowskiego, o której mowa na Liście Doborów po Nazwisku: pkt 9; patrz też opis spisku w sprawie Wesołowskiego). "Plus dwa" kojarzy się z tą przepowiednią, która i mnie miała dotyczyć (a poza tym mój ojciec od pewnego dnia zawsze równo o 19:17 podawał synom kolację, jeszcze w 2003-2004(!), czego oficjalnie wszem i wobec przestrzegał jak jakiegoś prawidła: stąd też, gdy doda się 2 w odpowiednich miejscach, na zasadzie +20 i +02 – zapewne pochodzą te liczby od nru roku 2002, kojarzącego się może z pożegnaniem z ojczyzną, może z ostatnim zabójstwem, mianowicie Agnieszki Piotrowskiej – wyjdzie ogłoszona godzina śmierci 21:37; taka zabawa cyferkami i czasem, na zasadzie "plus dwa tu i plus dwa ówdzie", miała też zresztą miejsce w przypadku pewnego zamachu wojskowego zrobionego przez Izrael, chyba też w związku z papiestwem i nawiązującego swoją aluzyjnością do podobnego za czasów Benedykta XVI i Smoleńska – zob. lista zabójstw pod wpisem na blogu; a zatem, jeśli chce Wam się w to wczytać i ufacie mi, to  macie tu i potwierdzenie z samego Watykanu, że to nie bez znaczenia było – że więc chyba, co w świetle poprzedniego akapitu i tak moim zdaniem jest skrajnie uprawdopodobnione, po prostu papieżowi odechciało się żyć i że raczej umarł na własne polecenie, co jest zakazane – choć i tak mu ten "detal końca życia" chętnie darowano licząc na małą wnikliwość motłochu i, ewentualnie, łykanie pustych dlań i niezrozumiałych hasełek; również np. data śmierci komendanta PAPały, o której wspominałem jako potencjalnym zabójstwie na blogu, to moja data urodzenia 25/09/86 z szóstką przesuniętą o dwa w lewo). Mianowicie, przypominam, dwóch papieży dalej na liście św. Malachiasza jest właśnie Piotr-Rzymianin, którym to Piotrem może inspirowano się, szukając ofiary. Chciałbym tu wreszcie zwrócić uwagę na jeszcze jedno. O ile papież umarł 2. kwietnia 2005 r., to przecież końcowe załamanie się jego zdrowia (po wstrząsie septycznym z 1. lutego) nastąpiło w nocy z 31. marca na 1. kwietnia 2005 r. – tj. od samego początku doby Prima Aprilis (i "w dwa [miesiące] po"). Proszę sobie teraz wyobrazić, że gdy po raz ostatni papież pokazał się w oknie, tj. na Wielkanoc 27. marca 2005 r., wybuchłem przez chwilę jakimś dziwnym prychnięciem na ten widok skrzywionej i brzydkiej twarzy wznoszącej tylko dziwnie rękę – nastąpiła ta, bardzo dla mnie nietypowa, rzecz prawdopodobnie pod wpływem przekazu podprogowego (wpływ operatorów w telewizji, władających m. in. domem mego ojca), pewnie jakoś u mnie wyćwiczona, a u innych nie. Siedziałem wtedy przed telewizorem wraz z kilkoma innymi osobami z tamtego domu (zarówno Niżyńscy, jak i Wierzbiccy). A ZATEM PRAWDOPODOBNIE BYŁ PRZECIEK, KIEDY ŻYCIE PAPIEŻA ZOSTANIE ZAKOŃCZONE – tak to oceniam.   edit 2017-07-18: Kolejna sprawa. 2 lata i 2 miesiące przed śmiercią Jana Pawła II była data 2-2-2003 (czyt.: dwa, dwa, dwa 00 trzy). Jest to rozpisana liczba 666 (222 × 3), zaś wspomniane przestawianie o 2 czy też o równą liczbę czegoś i czegoś (np. miesięcy i dni) to przecież znana i co rusz stosowana metoda wyznaczania czasu w telewizyjnej grupie przestępczej. Co z tego wynika? Dwie rzeczy. Po pierwsze: jeśli pominąć tu zupełnie już nieprawdopodobne wersje o spisku lekarzy znających wewnętrzne metody wyznaczania czasu w grupie przestępczej związanej z TV i (chyba) Watykanem, to widać, że śmierć Jana Pawła II była na pewno samobójstwem (a nie tylko jakimś tam "zakazem uporczywej terapii"). Po drugie: dzień jego śmierci musiał być zaplanowany już z chwilą jego wyboru, podobnie jak dzień jego wyboru — właśnie z myślą o tym spisku. Jest to wniosek zupełnie nieuchronny, jeśli nie chce się popadać w hipotezy skrajnie nieprawdopodobne; gdyż właśnie takim skrajnym nieprawdopodobieństwo tkwi w tym, że dzień X będący dniem śmierci, mający wypaść (czy nawet losowo wypadający, co już samo w sobie jest bardzo nieprawdopodobne) na 9666-ty dzień pontyfikatu, jest zarazem takim dniem, że 2-2-2003 jest w okrągły sposób od niego odległy. Odrzucając tę hipotezę przypadku widzimy, że warunek A + 9665 = X (gdzie A – dzień wyboru na papieża, X – dzień śmierci) w połączeniu (układzie równań) z X – 2 lata i 2 miesiące = const narzuca konkretną datę wyboru na papieża, gdyż można ten układ równań rozwiązać do postaci A + 9665 – 2 lata i 2 miesiące = const, czyli A = const - 9665 + 2 lata i 2 miesiące, czyli "A [dzień wyboru na papieża] musi być konkretną stałą". Wskazuje to, że pontyfikat był najprawdopodobniej zaplanowany co najmniej przez poprzednika w osobie Jana Pawła I lub może samo kolegium kardynałów (z jego jakimś przewodniczącym), jeśli ktoś koniecznie chce forsować teorię o zabójstwie tego ostatniego, a nie znowu samobójstwie.

Może jest jeszcze jeden taki przykład mieszania liczby 666 (czy raczej, "póki co", 66) do dat wywołanej śmierci, a dotyczyłby on papieża Pawła VI (który umarł być może śmiercią samobójczą, bo zaraz po przyjęciu ostatnich sakramentów – przewidział śmierć z dokładnością co do dnia, co jest zdecydowanie mało prawdopodobne, jest rzadkością) oraz jego planów co do dwóch (2) następców – ściślej, przykład ten dotyczy samobójstwa(?) Jana Pawła I, poprzednika polskiego papieża. Data jego śmierci aż na dwa sposoby zdaje się być dobrze dobrana i pod tę przepowiednię Malachiasza (oraz sprawę PTN). Wyjaśnienia na ten temat są przy okazji listy morderstw (dopisek II pod wpisem na blogu o Smoleńsku), przy omawianiu zabójstwa(?) lewicowego prezesa TVP Wojciecha Ławniczaka. Kliknij i rozwiń, aby poczytać(!). (Jest o tym Janie Pawle I też w dopisku 'edit 2016-04-22' pod wpisem na blogu z 22/04/2016.) W skrócie: opisany na "liście przyszłych papieży" (takiej przepowiedni) jako "z połowy Księżyca" Jan Paweł I zginął zarazem (1) w 33 dniu pontyfikatu (jakby w połowie drogi do 666, zresztą podwójnie) i (2) podobno pierwszego dnia połowicznej fazy księżyca. Znowu, żeby to tak było możliwe, musiał być wybrany odpowiedniego dnia, a więc i sam Paweł VI zapewne musiał umrzeć odpowiedniego dnia, biorąc pod uwagę to, że konklawe mają dosyć uregulowany w czasie i oficjalny przebieg. Podsumowując to, zdaje się, że w Watykanie starają się nie tylko o cuda przy beatyfikacjach, ale i o "akty niewiary" (samobójstwa) na poczet przyszłego uznania papieża za ateistę, co jest punktem honoru.

Do tej kolekcji związków Jana Pawła II z antyteizmem można wreszcie doliczyć także, być może, karierę Jorge'a Bergoglio, czyli przyszłego Franciszka-papieża, który w 1992 został wyłowiony przez Watykan spośród księży i uczyniony ledwie jakimś tam tytularnym biskupem Auca i pomocniczym Buenos Aires (np. obecnie takich pomocniczych jest tam 8 i do dziś nie awansowali) – do połowy tamtego roku nawet tylko księdzem – a w latach 1997-2001 został aż abpem Buenos Aires oraz kardynałem (obok może 3 innych kardynałów spośród masy biskupów z całego tego kraju). Nazwisko jego (znowu to dziwne kryterium, jak u mnie!) wśród innych wyróżnia się tym, że brzmi jak Nergal (sam "Nergal", Adam Darski z najsłynniejszego black metalowego zespołu Behemoth dopiero zmienił sobie ksywkę na taką w 1993), a w Watykanie przecież i opiniowaniem muzyki się zajmują (a z drugiej strony, skąd może taki Adam Darski wiedzieć, jacy są biskupi w jakich krajach... Internet był dopiero w powijakach, zresztą skąd by wiedział, że akurat nazwisko duchownego może mieć znaczenie w związku z nim, nie jest przecież jasnowidzem). Być może więc mu to podsunięto, wybrano go w Watykanie, żeby w razie czego mieć kardynała Bergoglio, który się będzie ze złem w Kościele za polskich czasów kojarzył? Zawsze przecież ewentualnie można jeszcze takiego Nergala namówić na dodatkową prowokację, np. za pomocą pieniędzy. Zbieg okoliczności związany z takimi samymi kolejnymi spółgłoskami RGL (i jeszcze samogłoską E!) u jednego, jak u drugiego, jest jak już wyjaśniłem 24/09/2015 we wpisie o papieżu  gigantyczny, rzędu 1:10.000 (prawdopodobieństwo 0,01% jednego względem drugiego), więc pewnie po prostu patrząc w nazwiska kardynałów (ba, biskupów? księży?) ktoś tam w Watykanie zauważył, że Bergoglio kojarzy się z jakimś tam sumeryjskim bogiem (swoją drogą, chyba historia stworzenia z Księgi Rodzaju ma jakieś korzenie w tamtej religii), po czym panu muzykowi "Holocausto" z grupy Behemoth podsunął, by za pieniądze się przemianował, bo to po prostu nie wypada. A przecież zmiany pseudonimów bardzo rzadko się w muzyce zdarzają. Wreszcie, wracając znowu do zarania pontyfikatu: z humanizmem kojarzy się nawet samo imię Jan Paweł, gdyż poprzednik JP2 papież Jan Paweł I znany był z nader swobodnego stylu bycia ("luzak"?), chyba nawet poparcia dla kondomów (Watykan aż cenzurował jego wypowiedzi w mediach), walki z finansową mafią watykańską... tylko że szybko umarł. Pozostawiam do oceny innym tę ewolucję podejścia do religii u Jana Pawła II. Moim zdaniem kluczowy mógł tu być Jubileusz Roku 2000 połączony z 80-tymi urodzinami JP2 – bo, zauważcie, "Nergala" (Jorge Bergo[g]lio) z jakiegoś bpa pomocniczego, jakich wiele, wstępnie papież awansował na abpa Buenos Aires już w 1997 r., choć jeszcze wtedy chyba nic wątpliwego (mającego w sobie zalążki dużego zła) nie robił i był bez zarzutu: był już plan (może nawet już we wczesnych 90-tych). Zapewne papież rozważał kiedyś historię swego poprzednika, Jana Pawła I (niewątpliwie pamiętał o nim, bo to jego imiona!), który zginął – jak się mniema – zabity, a przecież miał w planach reformy, a nawet tolerował antykoncepcję (rzecz nie bez znaczenia dla Kościoła!). Pojawia się więc, np. u mnie, pytanie, na ile o historii Kościoła zadecydowali przypadkowi ludzie, swą bezbożnością i okrucieństwem, czyli po prostu "diabeł" (albo swobodna decyzja ludzka, której wszakże nic nie może powstrzymać i nic ścieżki "dobra", niejako z samej zasady świata, nie  zapewnia: najlepszy przykład to możliwość przejścia na ateizm przez dowolnie szerokie masy ludzkie, niejako na zawołanie, przez skrzyknięcie się(!!)), a na ile naprawdę jakaś (chyba naprawdę konieczna, żeby zło nie zwyciężało) "Opatrzność Boża" i jej szlachetne uczynki, natchnienia, interwencje. W związku z tym, albo i bez związku, taki oto plan mógł powstać: jeśli on, zmęczony Jan Paweł II, zamiast umrzeć i trafić do raju dożyje tego 80 roku i jubileuszu chrześcijaństwa, męcząc się jeszcze bardziej i bardziej, to zwróci się przeciw Kościołowi, w oparciu o te swoje argumenty, a zwłaszcza o kompromitujący brak czegokolwiek w niebie. "Bóg", jak wiemy, pozwolił mu go dożyć, więc może dlatego takie efekty. Zauważmy wreszcie, że skoro z Kwaśniewskim rozmawiano o tej pielgrzymce już w lutym 2002 r., a na audiencję pewnie go zaproszono, to plan skandalu ściśle takiego: z zasianą w samej telewizji percepcją podprogową i totalną inwigilacją mógł istnieć już w 2001 r. – gdy papież miał 81 lat (w tym też roku awansowano Bergoglio na kardynała, czyli pomocnika papieża, spośród których typowo wybiera się kolejnego papieża). To dodatkowo potwierdza postrzeganie tego faktu dożycia 80-lecia urodzin i jubileuszu chrześcijaństwa jako powodu pewnej, moim zdaniem, konwersji w stronę niewiary – tzw. cezura czasowa. Wystawienie na próbę "moralnego porządku świata", który nie pozwala, by zło zwyciężało, i boskiego udziału w dziejach – i tak bardzo podejrzanych koncepcji.

[edit: Jeśli chodzi o hipotetyczne interesowanie się Jana Pawła II wspomagającymi ateizm wyczynami i projektowanie ich JUŻ W LATACH 90-TYCH, a więc nie w ramach żadnej demencji starczej i otępienia, to być może zalicza się tu też kariera Władimira Putina, którego może prezydent Jelcyn na prośbę papieża wyłowił pod, znacznie lepiej przecież dobrane, pełniejsze znaczenia i przemyślane, personalia PioTr Ni(...), czyli pewnie jakiś "Niecz" czy "Niczyński". Przed 1996 r., zanim Putin awansował do kancelarii prezydenckiej, był zaledwie jakimś petersburskim urzędnikiem samorządowym (swoją drogą "puta" to po hiszpańsku wulgarnie "prostytutka", a choroba Nietzschego wywodziła się, wg najbardziej znanej teorii, z zakażenia chorobą weneryczną przy kontakcie z prostytutką; aż mnie później namówili na skorzystanie z oferty prostytutki). 31. grudnia 1999 r. przejął prezydenturę po Jelcynie, jako pełniący obowiązki prezydenta, po czym wygrał wybory w maju 2000 r.]

Wreszcie, trzecim po Nergalu (papieżu Bergoglio) i Piotrze Nietzsche'yńskim przykładem (tym razem bardzo świeżym!) stosowania W KOŚCIELE kryterium nazwiska do wyboru osoby, wpisującym się w ten trend, jest to, że stanowisko prymasa Polski, nieformalnej głowy czy "prezydenta" polskiego Kościoła, przypadło w 2014 decyzją papieża abpowi Polakowi. Ks. teolog Tomasz Węcławski, obecnie od lat znany jako  Tomasz Polak (nowe nazwisko przyjął po żonie już w kwietniu 2008, gdy jeszcze prymasem był Glemp, po nim w 2013-14 był jeszcze abp Kowalczyk), to dosyć znana postać na Uniwersytecie Adama Mickiewicza. Rzucił nie tylko sutannę, ale i wiarę katolicką. Ważny sygnał z Watykanu w związku z ww. przeciekiem! Jeśli takie skojarzenia ma nasuwać prymas Polski, to może w tle jest tu też Jan Paweł II? "[Myślę, że] jest osobą niewierzącą; należy mu się nasz szacunek"... Aż kanonizowany został za tego samego papieża, Franciszka... Z kolei czwarty przykład na stosowanie kryterium nazwiska to osobliwe nominacje kardynalskie papieża Bergoglio – Franciszka, o których pisałem w dopisku do wpisu o nim na blogu (ten w zielonym kolorze).

Jeżeli komuś wciąż trudno uwierzyć, że Jan Paweł II mógł zniszczyć człowieka, niech przeczyta tę historię z Włoch. Na kilka dni przed ogłoszeniem papieża świętym potężny krucyfiks (poświęcony Janowi Pawłowi II w 1998 r. podczas jego wizyty) spadł, przygniótł i zabił 21-letniego studenta o dobrze dobranym, jak się zdaje (typowy numer!), nazwisku "GusMini". "Raczej niezbyt pokrzywdzony". (A tutaj, cytowany po angielsku, zmyślony problem ogłoszony w październiku 2015 r. w mało znanej prasie włoskiej: "papież [Franciszek] ma raka mózgu".) Zdarzenie to miało miejsce w 2014, półtora roku po rozpoczęciu się u mnie najgorszej tortury (pod koniec 2012 r.). Wpisywałoby się to w seryjne zbrodnie pachnące moim zdaniem wpływami watykańskimi, o których pisałem w drugim dopisku do wpisu na blogu o Smoleńsku z 4/09/2015 (wydaje się, że organizuje się międzynarodowo tego typu zbrodnie np. po to, by korumpować media, organizować w nich taką zmowę milczenia opartą na "instynkcie samozachowawczym", jak jest w Polsce; być może uzgadnia się to z czołowymi politykami na jakichś audiencjach w Watykanie, tak, jak to w przypadku polskiego rządu i prezydenta podobno było).


[dopisane późnym 2015]   Jest jeszcze jedno, co – jeśli by okazało się prawdą (bo tym razem podsuwam dosyć trudną na razie do uprawdopodobnienia hipotezę, trzeba mi trochę zaufać i popatrzeć na postawę mediów – choć spikerzy to raczej potwierdzają, acz też z oporami) – już zupełnie prezentuje Jana Pawła II jako nawróconego na niewiarę. Sprawa oszustw mieszkaniowych (od końca lat 90-tych?) – metodą "na Dom Ojca". Masowe to w Warszawie.   [rozwiń fragment...]


[edit 2016-01-27]   Parę miesięcy temu uświadomiłem sobie (pod wpływem sprawy Wesołowskiego oraz spikerskiego przyznawania się do sprawy ciotki), że to najpewniej Watykan jest zamieszany w liczne zbrodnie z trupami – jest to opisane w dopisku pod wpisem na blogu o Smoleńsku, zaś osobny wpis powstał później jeszcze na temat śmierci Blidy – natomiast dziś zrozumiałem, że pierwsze zabójstwo(-a) miało miejsce już za Jana Pawła II i za rządu SLD.   [rozwiń fragment...]


Moim zdaniem, obok – niewątpliwie zauważonych przez papieża – problemów: dylematu determinizmu i astronomii (kosmologii), jedne z najlepszych argumentów przeciwko niebu i piekłu polegają właśnie na analizie filologicznej Biblii oraz, oprócz tego, tezach historiozoficznych dotyczących – jak się postuluje – braku realnej, trwałej kontroli nad, ewentualnie stworzonym, światem [!] (sprawa praw natury i przebiegu dziejów, a nawet ewolucji, w tym także rozwoju kultur). Ten ostatni argument (tj. argument z braku harmonii przedustawnej) pozostaje zresztą w mocy mimo typowych prób obrony – bo (ale proszę to przemyśleć!) liczy się reguła, a nie wyjątek – i ma pewne ważne konsekwencje dla religii – łatwo nim podważać różne ludzkie teorie i obawy. Nie można go w swych religijnych poglądach i wywodach lekceważyć, choćby się chciało religii dalej wierzyć (a jest on u Nietzschego obecny na różne sposoby). (Zawsze jest wprawdzie pytanie, w stosunku do czego chce się ten argument zastosować – tzn. co chce się nim obalać – i czy jest to zastosowanie w danym konkretnym przypadku słuszne.) O ile krytyka "wolnej woli" może prowadzić nawet do odrzucenia prawa moralnego, jak to się proponuje w Antychryście (a nawet do przypisania prawdziwej odpowiedzialności za zło nie człowiekowi, a Bogu: na zasadzie "człowiek chce dobrze, Bóg chce dobrze, a [następnie] dzieje się źle"), o tyle idee: boga, nieba, piekła (grecki oryginał Nowego Testamentu mówi o hadesie, Żydzi mieli chyba pojęcie szeolu, które utożsamiano też z miejscem pochówku), Biblii i jej kanonu, sumienia (lub różnych wysublimowanych wymysłów moralnych, arbitralnych teorii) łatwiej krytykować wskazując na to, że stanowią niejako teologię naturalną, produkt naturalnej ewolucji (lub od niej zależą), czyli są przypadkowe względem aktu stworzenia (krytyka pomysłu, jakoby można było stworzyć coś pod konkretny skutek – Nietzsche zwał to błędem zamiany przyczyny i skutku), a w dodatku jako memy muszą wygrywać, podobać się (czyżby te koncepcje pasowały do nas jak klucz do zamka? i na ewolucji biologicznej i kodzie genetycznym bazowały?). Dałem we wpisie na blogu o Nergalu ("Wątpisz w udział papieża w złu i zbrodni?") dłuższe objaśnienie tego argumentu na przykładzie transformacji alfabetycznych – bardzo znamienny sposób dowodzenia, który warto zapamiętać. Ktoś mógłby podnosić, broniąc religii, także i to, że może sama ewolucja jest pozorna (choć w świetle tego, czym jest inteligencja i że niejako z jej definicji wynika odporność na przypadki i działalność je usuwająca, porządkująca, faktycznie ma miejsce ewolucja kulturowa, a wcześniej prymitywniejsze rodzaje ewolucji, z których ta naturalnie wynikła), ale argument z brakiem kontroli pozostaje prawdziwy nawet bez ewolucji. Nietzsche napisał, w Zmierzchu bożyszcz (Moralność jako wynaturzenie, pkt 6), pewną oczywistość, a może dla niektórych nie: "Gdyby jedno było inaczej, wszystko musiałoby być inaczej; [nie tylko do przodu, ale] nawet wstecz". Zgadzając się na to, że jakaś przyczynowość (efektywna) istnieje, że wszystko w świecie jest powiązane, a jest, w zasadzie wyklucza to finalizm, czyli nastawienie biegu dziejów na pewien cel (a to w praktyce niszczy religię – sprawy ludzkie posuwają się do przodu normalnie, religia i jej kształtowanie się  co do zasady podlega normalnej przyczynowości, jak wszystko na świecie). Na pewno wyklucza się to, by takich celów (stanów z góry upragnionych) było kilka, bo nastawiając świat na jeden efekt w pewnej chwili (mniejsza już o to, co dalej, czy on w ogóle to przetrwa!) wywołuje się odpowiednio inny bieg dziejów do przodu i do tyłu; gdybyśmy teraz zaczęli majstrować z innym momentem czasu i innym jeszcze produktem dziejów, zmieniając znowu przepadłoby z kolei tamto. Przepadłoby raczej bezpowrotnie, nie do uratowania, bo zasób informacji w przestrzeni i czasie (złożonym z nieskończonej czy "niemal nieskończonej" liczby chwil) w porównaniu z ilością informacji w jakimś prymitywnym stadium kosmicznej ewolucji i, przede wszystkim, prawach natury, jest olbrzymi i w takim świetle kompletnie niekontrolowalny (przeciwko opatrznościowej filozofii św. Tomasza); naprawdę, takie są (raczej poprawne) rezultaty nowoczesnej filozofii i nauki i trzeba je brać pod uwagę, choćby nawet nadal pozostając "w coś wierzącym". Zauważmy jeszcze: w tym prostym obrazku współzależności nawet i tego jednego celu raczej nie da się ustalić, nastawić historię na niego, ponieważ... (i tu znowu wracamy do pierwotnej koncepcji z  rozwojem, a nie ze światem statycznym) istnieje inteligencja i ewolucja – a nie tylko prosty "układ hamiltonowski" typu kule bilardowe – i w związku z tym nie każdą rzecz w ogóle w toku rozwoju da się osiągnąć: ewolucja jest, pod prawem selekcji wynikającym z prawa natury, niejako rozwojem zwężającym możliwe ścieżki (trajektorie, patrząc prymitywnie), idącym mimo przypadków w pewną stronę (choć praktycznie bez kontroli nad drobnymi pojedynczymi rezultatami), więc nie sposób tak dostosować praw natury, by wyszła i wybiła się nawet ta jedna bezsensowna czy przypadkowa względem ewolucji i inteligencji rzecz (tj.: nie do każdego pożądanego skutku naturalnego da się dorobić przyczynę, a to wszystko naturalnie w toku rozwoju zwężającego, odpornego na przypadki, utrzymującego swój kierunek – tu także ewolucja kulturowa, funkcjonowanie ludzkich społeczeństw, przesiąkniętych inteligencją, itd.). Jest to bardzo mocny argument – lekceważy wprawdzie kwestię pojedynczych przypadkowych wyjątków od reguły, czyli podstawowych w teologii chrześcijańskiej: objawień, cudów, ale te znowu stanowią problem historiozoficzny być może wygrany przez ateistów (raz, że to są wyjątki od reguły, a liczy się ta masa ludzi, którzy o cudzie tylko  słyszą z relacji – przecież mnóstwo sekt i każda religia mają swoje – a dwa, że poniekąd istnieją nowe tereny misyjne, nawet w Europie, więc przebieg rozwoju religii zawsze jeszcze można próbować powtórzyć: chyba będzie wszystko naturalnie) – i posługują się tym argumentem historiozoficznym mniej lub bardziej wyraźnie np. tzw. nowi ateiści w USA; w zasadzie może on przekreślić religię, choć wymaga to oczywiście od każdego zainteresowanego pewnego wysiłku intelektualnego i zrozumienia, i rozliczenia się z narzucającymi się argumentami przeciwnymi. Sprawę tę akurat na tej pielgrzymce Jan Paweł II przemilczał, pozostawił dla ludu staroświecko brzmiące i znane już od 2000 lat o "sporym miłosierdziu" – też mi nowość! ale dopiero trzeba się wczytać, poznać fakty tej pielgrzymki – oraz że (może raz padają takie konkrety ściśle teologiczne, może 2 razy) jest jakiś Bóg i jakiś sędzia, ale miłosierni, i... że jest dylemat determinizmu – to w tych żarcikach do młodzieży, na przykład (później mi tę sprawę potężnie w myślach rozwijali, oczywiście nie okazując związku z pielgrzymką, ale chyba już na niej był ten zamysł); być może nie chciał już tak zupełnie ludzi ateizować tym ostatecznym być może argumentem przeciwko niebu i piekłu, i naturalnej moralności zwłaszcza, bo inaczej ktoś mógłby mnie nawet tu w Polsce zamordować. I "dziejowa misja" Polaka by się przerwała przedwcześnie, może zmarnowała. W każdym razie też mi to (filozofię historii) w myślach podsuwają, zauważyłem to także w Internecie, pisałem w 2008 na forach. Ważna a mało znana kwestia. Jeśli chodzi o Nietzschego, to już w młodości pisał on bodajże w jakimś liście czy książce, że "myślenie historyczne zatriumfuje w końcu nad chrześcijaństwem" (zniszczy je); później w "Niewczesnych rozważaniach" (tom II) uważał historyczność ujęcia za wielkie osiągnięcie myśli XIX-wiecznej (u Kanta jeszcze nieobecne); wywodził w "Z genealogii moralności" np. tom I, jakie m. in. przyczyny i zjawiska stały za powstaniem moralności (naiwny uzna to za jakieś bajanie, z braku lepszego tematu, które nie ma nic wspólnego z obalaniem religii, moralności, wiary w piekło, a tymczasem... jest to jeden z najpotężniejszych ciosów, bo pokazuje, jak to wszystko z konstrukcji człowieka, prymitywnie powstałej, wynika psychologicznie i historycznie, zresztą ten tom I przypomina nieco też rozprawę o "niebie", a wszystkie 3 są o naturalnych źródłach moralności); zwracał tam uwagę, że w historii świata najpierw było "zło", dopiero potem "dobro"(!); dał też podwaliny pod fenomenologiczne ujęcie wszystkiego (taki XX-wieczny kierunek filozofii), skłaniające tu do odrzucenia wolnej woli; w "Zmierzchu bożyszcz" wyraźnie już przedstawił swój zarzut wobec religii jako "zamianę przyczyny i skutku", błąd wręcz formalny w metodologii (rozdział "Rozum w filozofii", pkt 4, następnie rozdział "Cztery wielkie błędy", pkt 1); wreszcie w "Antychryście" nazywał chrześcijaństwo, żeby to już wyraźniej jeszcze zaakcentować, "fatalnością" (czyt. przeznaczeniem, od którego nie sposób uciec) – jest to bodajże tam sprytnie(?) sformułowane w ostatnim akapicie książki. Był to zatem u  Nietzschego ważny argument, jeden z kluczowych(!). U Jana Pawła II wprawdzie nie ma po nim śladu (oczywistego odniesienia), może poza tym dziwne wrażenie robiącym  realizowaniu przepowiedni, o czym wręcz głośno powiedział na tej pielgrzymce(!) (jest przecież ta przepowiednia końca Watykanu, z Piotrem), ale na pewno doniesiono mu o tym, bo zewsząd właśnie do Watykanu idą wszelkie argumenty przeciwko religii, czy to naukowe, czy filozoficzne – "drogi każdego ateisty, który ma coś do powiedzenia, idą do Rzymu". Nic dziwnego, że można zwątpić. Wszystkie pozostałe argumenty są już u Jana Pawła II widoczne podczas tej ostatniej pielgrzymki, pozwólcie mi to nazwać: pielgrzymki podsłuchu, Nietzschego (np. wyraźna parafraza Wiedzy radosnej), sygnałów wątpienia o chrześcijaństwie i chęci rozliczenia się z lękiem religijnym i, może, zaprowadzenia panowania humanizmu opartego o prawa człowieka. Swoją drogą: Nietzsche to, pamiętajmy, ten filozof, który powiedział, że "Bóg umarł" (w tym sensie, że teizm przestał być wiarygodny i ludzie się od tego odwrócą) i opowiadał, znowu w "Wiedzy radosnej", o  szaleńcu, który wdzierał się do różnych kościołów i nucił tam swą pieśń żałobną dla znikłego już Boga. (Kojarzy się to nieco z tą torturą. W kościołach do dziś zasila się ściany tak, by grały tortury, gdy przyjdę.) Można zresztą tamten fragment rozumieć nie tylko jako nieobecność Boga w sensie własnoręcznego czynu, a nawet niezawodnego natchnienia, przy naprawianiu zła i niepozwalaniu mu na triumf (inny ważny wątek u Nietzschego: zło jest potężne, pozwala wygrywać, jeśli oczywiście człowiek dobrze się dostosuje do panujących konieczności) – można też (powtórzę) kojarzyć tego szaleńca patrząc na konkretne fakty, empirię, naukę z problemem nieba i astronomii, który był przedmiotem odkryć XX w., tego typu odniesienia są też w "Antychryście" (np. we wstępie o Hiperborejach, który precyzyjnie wskazuje problem, może nawet z myślą o św. Pawle w kontekście wymienionego pisarza z Grecji; także później: że Królestwo Boże nie przyjdzie, tu alternatywy, "ponad ziemią" albo "po śmierci") i w "Woli mocy", sekcja 162. Powiecie, że odniesienia do sprawy "nieba" były w tej pielgrzymce niewyraźne, ale ona właśnie i tak była krótka i niewiele powiedziano, a temu właśnie chwilę poświęcono (przytoczony przez papieża cytat z tej samej księgi, która może miałaby ewentualnie tę tezę obalać, zaraz znowu potwierdza, że Bóg jest "w sposób szczególny" w niebie – ten cudzysłów to notabene jedno z od zawsze ulubionych powiedzonek polskiego papieża...). Zresztą ukryte parafrazy do "Wiedzy radosnej" (zob. też tekst na żółtym tle na końcu dokumentu) oraz w ogóle do Nietzschego (także dobór mego nazwiska) sprawiają – wraz z omawianym już wyżej samym sensem, którego nie sposób inaczej wyłożyć, wytłumaczyć – że wszystko się schodzi w  jedno kłębowisko argumentów przeciw religii skupione w tym filozofie (któremu wręcz spory hołd się oddaje, tak "go" dręcząc): fatalizm w kwestii wolnej woli, ateizm  historiozoficzno-psychologiczny w kwestii wiary w doktryny i dogmaty, może ateizm praktyczny w kwestii właściwego sposobu postępowania ("bo tutaj jest ziemia"), także zarzuty  dekadencji (schyłkowość, gotowość do upadku, a u Nietzschego też w sensie postępowania ze szkodą własnej sprawy), nawet jeszcze zapowiadanie problemu z (będącym przecież dawniej dobrze zlokalizowanym w przestrzeni)  niebem... Choć oczywiście oficjalnie pozostaje się przy pojęciach właściwych kapłanom. Filozof zwracał też wreszcie uwagę na bardzo liczne sprzeczności w Biblii, choć już tylko przypominawczo (np. gdzieś w środku Antychrysta, pisząc o "dziele niezrównanego Straussa"). Sprzeczność wewnętrzna to przecież niespójność i coś, co wyklucza prawdziwość, a w każdym razie trudno wtedy bronić tezy, którą złośliwie sformułowała Doda, że "Biblię pisano w jakimś stanie specjalnego natchnienia z zaświatów". Zapamiętajcie te wszystkie rzeczy, które mi pakowano do głowy, oraz nazwisko Nietzschego, bo to są chyba perły argumentów antyreligijnych zasugerowane z samego Watykanu.

Zamieściłem powyżej, gdzieś między myślnikami przy pogrubieniu, pierwszą obronę argumentu historiozoficznego przed oczywistym atakiem: "no tak, jeśli jest deizm i Bóg nawet nie dotyka świata, odkąd go stworzył, nie interesuje się nim, to owszem, trudno ułożyć raczkujący świat sprzed Wielkiego Wybuchu pod konkretny wynik – ba, przyjmijmy, że jeśli zaproponuję coś, coś mi się spodoba, cokolwiek, to z prawdopodobieństwem praktycznie 1/ (jeden do nieskończoności)  nie da się tego stworzyć, tak jak z dwóch liter początkowych i tablicy przekształceń 2 → 3 nie wyprodukuje się dramatu Szekspira, nawet w jakiejś złagodzonej wersji tego przykładu automatu: okej – ALE to tak nie jest, bo są interwencje, cuda, objawienia". Tą obroną było wskazanie, że stanowią one niejako przypadek wobec konieczności tkwiących we wszechświatowej, ziemskiej i w szczególności kulturowej ewolucji. Żaden przypadek nie będzie zmieniał kierunku historii, bo tą nie głupota rządzi (samą inteligencję można by zdefiniować poniekąd także przez odporność na przypadki, bo to się w umiejętności skutecznego osiągania celów mieści), nic taki typowy przypadek nie zdziała, chyba że należy do pewnej bardzo nielicznej grupy tych, co odnoszą sukces: innymi słowy, chyba że się go specjalnie dobierze (specjalnie, tzn. inteligentnie, pod konkretny cel dążąc rozumnie od pożądanego skutku do koniecznej przyczyny, w postaci takiej dobrze dobranej interwencji: ale to już oznacza ograniczenie się i konieczność niejako grania w cudzą grę). Było to wstępne naświetlenie problemu (że 1 w razie tzw. deizmu problem jest wygrany przeciw religii; 2 mogą być drobne cuda, odstępstwa itd. i w ogóle one nie są jeszcze same w sobie przyczyną biegu historii, dawniej od takich opowieści wręcz się roiło, w różnych religiach; 3 czasem można coś osiągnąć, starając się o konkretny cel za pomocą specjalnych środków). Teraz pozostaje jeszcze zauważyć – co już zdecydowanie (niestety?) przeważa szalę na rzecz ateistów – że mianowicie argumentacja z naturalizmu (służąca do obalania różnych tez religii: bardzo często daje się ją zastosować!) dotyczy nie tylko wywodzenia rzeczy z przeszłości, a wtedy musi wymagać wiedzy wstecz (ścisłej znajomości przyczyn), ale że ma ona też formę, w której idzie się do przodu w historii z jakiegoś stanu danego, np. z danego kształtu religii (realizując odtąd to, co wynika z natury ludzkiej, stanu cywilizacji, polityki, nauki itd.). I wówczas pytaniem jest "co z tego wyjdzie?", "czy na rynku wyznań taka konstrukcja religii wygrywa?". Zauważmy, problem cudów i (dla naiwnych) jakże "kluczowych" objawień, zdarzeń w Kanie Galilejskiej, na górze Tabor itd., w ogóle w tej historycznej sprawie nie ma znaczenia. Samouwiarygadnianie się nie jest takie istotne, a tylko "ładunek", to co z sobą niesie religia (np. nie bez znaczenia w chrześcijaństwie jest "wzajemne miłowanie się wszystkich ludzi"). Zaratusztrianizm (od 1000 p.n.e.) miał swe cuda, swe opowieści o aniołach, objawieniach, koszernych i niekoszernych ("nieczystych") rzeczach, np. krwi, itd.; starożytne kulty miały swe cuda i opowieści, mity; Mahomet miał swe cuda i religię mu objawiono po podniesieniu go do nieba, podobno. Co jest w tej wersji argumentowania "do przodu" istotne, to odnajdywanie się religii wobec kulturowej ewolucji, przyszłość, jaką ona sama na siebie sprowadza, perspektywy zwycięstwa. I wówczas widzimy już jasno: mógłby istnieć drugi Chrystus, w środowisku raczej saduceuszy, nie wierzących w zmartwychwstanie (mieli dosyć materialistyczny pogląd, bez nieśmiertelnej duszy – to ta druga część żydowskich rabinów), ludzie mogliby nawet rozpowiadać bardzo dużo o jego cudach, ale w najlepszym razie byłby nowym Buddą. Bez nauki o piekle nie byłby tak bezkompromisowy i skuteczny w sensie posiadania trwałego Kościoła, byłby jeszcze jednym pogodnym nauczycielem, jak jakiś Epikur opowiadający o szczęściu, którego jednak inne formy religijności by wyparły. A zatem  podstawowe twierdzenia religii są podyktowane "wymaganiami rynku"! To samo można powiedzieć o innych rzeczach, np. o moralności żydowskiej z I w. p. n. e., w której zakorzenione było chrześcijaństwo. Pamiętajmy, obie formy argumentacji naturalistyczno-historycznej konkludują, że Bóg tworząc świat miał za mały wybór, ba, prawie go nie miał, by swobodnie kreować to, co powstanie. Jest to chyba problem nie do wygrania przez religię, gdyż każda inna forma świata niż taka, w której jest on totalnie oparty non stop na modyfikacjach umysłów przez siłę wyższą, każda nawet minimalnie gorsza od tego postać dziejów oznacza już automatycznie ateizm.

Musiał pasować "klucz do zamka", musiała powstać nauka o piekle i karach, i w końcu czynieniu z grzechów, pokuty i nawrócenia ciągłej pętli będącej treścią życia religijnego, sakramentalnego – kwestii  upodobań u samego Boga to jeszcze w ogóle nie podnosi; tego, czy jest taki Bóg, którego ta wersja (z piekłem i ta, w którą się wierzy) opisuje – spośród niemal nieskończonej liczby możliwych do wyobrażenia sobie innych bogów(!). Najprawdopodobniej jest więc on inny; praktycznie zawsze, choćby chciał czegoś u zarania dziejów, i tak nie ma szans tego stworzyć. Nie powstała więc (praktycznie na pewno) religia z zamysłem i nie odzwierciedla tego, czego chcą "zaświaty". Również wszelkie objawienia się Boga są prawie na pewno nie o tym, co tu wyewoluowało (czyt.: to, co się czci, prawie na pewno jest oszustwem – na zasadzie rachunku prawdopodobieństwa) – być może były jakieś inne objawienia, po cichu podane pojedynczym osobom cudowne znaki, ale nikt o nich dzisiaj nie pamięta: nie rozszerzyło to się, a tym bardziej nie zwyciężyło. Porównajcie to z przytoczonym przez papieża w punkcie 3 homilii (co przywoływałem już tu w kontekście nieba) fragmentem z Księgi Królewskiej: "czy jednak  zamieszka Bóg na ziemi?" ("Przecież..."). A teraz odnotujmy jeszcze, że jest u Nietzschego(!) – tego tak przez papieża postawionego na piedestale myśliciela – fragment, w którym tę myśl praktycznie wprost wypowiada i poddaje pod rozwagę: oto on (53). Pewne, żartobliwie mówiąc, ubezwłasnowolnienie Boga względem świata, a potem nawet jego (prawie na pewno!) niezdolność do bycia czymś głośnym i powszechnie zaaprobowanym, i trzymającym w swym żelaznym uścisku. To ostatnie zresztą, równie dobrze, może streszczać problem sprzeczności w Biblii i jej nieprecyzyjności także moralnej; podobnie jak np. wcześniejsze preferowanie zwłaszcza Boga "nagradzającego" (wzmianka o sądzie i o nagrodzie, a nie o karze) może być aluzją do, znanego Nietzschemu zresztą, problemu nieba, a nie tylko do sprawy interwencji boskich na tym świecie, "kar" już tutaj, zabezpieczających może jakoby zwyciężanie dobra. "Ojciec" może być nie tylko o dobrym Bogu, także np. o genezie człowieka, pierwszeństwie zła w historii, o tym, że Adam bynajmniej nie dosłownie przez samego Boga ułożony został. Zasygnalizowane zdają się być w tym fragmencie też problemy: odczuwanej, być może, niezależności losów świata od modlitwy ("nie słyszy"), a także braku wolnej woli (obecnie jest to zwane dylematem determinizmu). Oto, powtórzę, ten fragment 53.

Jest to problem wszystkich religii: prawie na pewno (czy, powiedzmy, na pewno) jest inaczej niż one mówią. Naiwni przyzwyczajeni są do tego, że skoro nas w czymś wychowano, to się ufa; że potęga religii wynikła z zaufania, jakim jakieś tam opisy cudów Jezusa obdarzano – ale  to jest właśnie naiwne i realiów tamtych epok nie uwzględnia. Nie wiadomo, Bóg się nie objawia i brak na niego ludziom bezpośrednich dowodów, a faktem pewnym pozostaje już tylko, że "prawie na pewno ci zwycięzcy nie mają racji". – (Jest jeszcze jedna, druga i ostatnia, typowa próba obrony przed argumentem naturalistyczno-historycznym, poza jakimiś obronami błędnymi czy lekceważącymi problem: polega ona na postulowaniu współczucia ludzkości przez Stwórcę, nie wnikając już w kwestię szans na to, problemu jego bycia osobą i to taką konkretną – i uznając, że być może jest Bóg taki właśnie, który się wsłuchuje w świat i spełnia życzenia. Już to jest raczej bardzo podejrzane, tymczasem problem jest jeszcze gorszy. Przecież, zauważmy, ludzkość nie jest monolitem i w różnych miejscach i epokach jest różna. Obecnie, a ludzi jest dziś więcej niż kiedykolwiek, większość ludzi nie chce istnienia piekła.)

Podsumowanie sensu tego, co powyżej powiedziano. Religia wsłuchiwania się, doszukiwania cudów, które może raz na 1000 lat się zdarzą lub raz na 1000 ludzi, a tak poza tym gdzieś można je wyszukać w książkach, religia "Boga, który delikatnie puka", a na co dzień kompletnie, totalnie go brak, to nonsens: gdyż tak dopatrują się Boga tylko najbardziej religijni, a właśnie ci bynajmniej nie są tymi, którzy są najpotężniejsi czy choćby tylko w większości. Bóg taki – Bóg cichy i nieśmiały wobec ludzkości – nie ma szans kontrolować dziejów. I nawet papież, w swej uczciwości, też się tego przestał podejmować.

Jeśli chodzi o ten argument, na znajomość go w Watykanie może jeszcze wskazywać, choć nie jest to jasne, wciskanie przez pederastę abpa Paetza klerykom czerwonych majtek z napisem ROMA (tzn.: "Rzym"), co, jak jeszcze zaznaczał, trzeba czytać od końca: AMOR ("ale czy ty umiesz tak czytać?"). Jana Pawła II oraz jego otoczenie, np. kard. Dziwisza, podejrzewano o lekceważenie afer pedofilskich w Kościele, choć np. tego Paetza w końcu zadenuncjowali mediom i pojawiły się nagłówki – mniej więcej wtedy, co spotkanie Jana Pawła II z Aleksandrem Kwaśniewskim poprzedzające pielgrzymkę – "Grzech w pałacu arcybiskupim" (w Polsce pewnie jeszcze nie podejrzewali, co się szykuje na audiencji dla Kwaśniewskiego, więc to raczej dzięki stronie kościelnej na jakieś pewnie odgórne polecenie wybuchł ten skandal [o ile TO wydaje się proste i jasne, o tyle podobnie w prasie mogło być i ze sławetnym artykułem Urbana, może "sponsorowanym" – kompromitującym papieski zamysł w czasie, gdy rząd może nawet jeszcze nie słyszał o planowanym przekazie podprogowym]; swoją drogą tytuł artykułu sugeruje skojarzenie ze mną, ze sprawą podsłuchu, bo zapewne dokładnie w Pałacu Arcybiskupim, tylko że krakowskim, dogadywał się Jan Paweł II z władzami, wśród jeszcze okrzyków niezadowolenia z ulicy). A zatem, być może, w Watykanie mając pewne sygnały, jeszcze może niepewne – źródła podają, że Paetz robił takie rzeczy już we wczesnych latach 90-tych, po prostu był sam z siebie dewiantem – lekceważyli te sygnały, może jako niepewne, ale na przełomie XX i XXI w. podsunęli abpowi jakimiś swoimi kanałami, by takie majtki reklamował. Może dla przyszłego rozpoznania, czy ksiądz się zastosuje – bo jeśli tak, to ofiary (klerycy) w takim razie niezależnie potwierdzą ten fakt i będzie wiadomo z pewnością, że nie zmyślają, bo nie są jasnowidzami; skąd by wiedzieli, co miałby im proponować. Nie zamierzam tu pochopnie o nic złego Jana Pawła II czy jego otoczenie posądzać. Rzecz jest w czym innym – w tym, jakiż to problem filozoficzny kryje się za tymi majtkami i podniecaniem się nimi. Powtórzę: Nietzsche powiada o "błędzie zamiany przyczyny i skutku", tu zaś mamy "czytanie ROMA od końca", z czego wychodzi... oczywiście coś przeciwnego, bożek seksu AMOR. Nawet Benedykt XVI w swej pierwszej encyklice zauważył (pkt 3), może właśnie do tego się odnosząc, że  Nietzsche(!) [niby to on pierwszy?...] wytykał chrześcijaństwu "podanie  Erosowi trucizny do wypicia", która miała go zniszczyć – to kolejne zresztą skojarzenie tej sprawy Paetza, naznaczonej pewnie w końcowej fazie jakimiś konszachtami z Watykanem (a Eros = grecki Amor, więc tym bardziej pasuje), ze mną (sprawa "nowego Nietzschego", chłopaka do intelektualnego wykreowania i później do bicia). Bóg na początku czy Bóg na końcu? Dwie przeciwstawności... A zatem Watykan być może naprawdę był nieco "zamieszany" w sprawę tego abpa. Jest to jeszcze jedno zasugerowanie – poza całą tą tematyką przepowiedni i ich wypełniania – że byli za czasów Jana Pawła II świadomi tego argumentu i doceniali go, podobnie zresztą jak w ogóle Nietzschego, bo takie rozważanie "o rzeczach pierwszych i ostatnich" to właśnie jego  sposób ujęcia tej przez nielicznych(!) rozważanej i rozumianej kwestii – istotnej m. in. dla takich spraw, jak istnienie nieba i piekła, moralności, w jaką wierzymy.


[edit: Wstępną wolę śledzenia papież mógł wyrazić już na audiencji z Kwaśniewskim 28. lutego 2002 r., gdy zapraszano go do kraju [nie, już sporo wcześniej: sprawa roku 1984 w zabójstwie Popiełuszki, potem śledzenie mnie od 1992 r...], ale jeśli tak, to tylko wobec Kwaśniewskiego, co chyba lewicowcom by nie wystarczyło, by ryzykować karierę. Tak złej inwigilacji totalnej (i to na żywo) przecież chyba jeszcze nie było. Poza tym media mogłyby nie dowierzać itd. Cytat z tamtej audiencji: "staram się go nie tracić" (odpowiedź na pytanie, jakim sposobem udaje się papieżowi zachować tak dobry humor). Czy oni potrafią o czym innym, czy tylko o czymś, co kojarzy się ze śledzeniem (już mniejsza z tym, że pasuje też do religii)?... Zauważmy, uprzednia wiedza ludzi związanych z rządem czyni zrozumiałymi wspomniane już wcześniej okrzyki pod pałacem arcybiskupim podczas rozmów (proszę to skojarzyć z głośnymi protestami Palikota pod kuriami arcybiskupimi i całym tym Ruchem Palikota, o nazwie zresztą brzmiącej jak – znacznie bardziej potrzebna – przyszła Partia Piotra Niżyńskiego). A było i więcej takich cytatów, przejdźmy np. do (może późniejszej) sprawy wyłudzeń mieszkaniowych: oto zupełnie identyczne podsumowywanie rozmów z papieżem w 2003 r. przez Kwaśniewskiego i przez Cimoszewicza, jedną wizytę od drugiej dzieliły bodajże 4 dni: "papież jest świetnie zorientowany", "papież jest świetnie zorientowany" (sprawa oszustw jest powyżej na białym tle, mniej więcej w środku tej całej podstrony www). Oto kolejna ciekawostka, wypowiedzi Kwaśniewskiego po jego kolejnej watykańskiej audiencji, z października 2003 r.: "Natomiast ministrowie, szczególnie spraw zagranicznych [w Polsce: CIMOSZEWICZ], muszą popracować, tak, żeby właśnie uniknąć nieporozumień, bo według mnie tutaj cały ten spór [religijny, o Konstytucję Europy] jest w dużej mierze oparty o nieporozumienie" (łagodniej określone "oszustwo"; brzmi może jak o wierze w "niebo", w "dom Ojca" i "Ojca [Chrystusa], który jest w niebie").   [Już widzę oczyma (spikerskiej) wyobraźni tę teoryjkę, ten oryginalny sylogizm: jest umowa ⇒ jest porozumienie ⇒ nie ma (nawet) nieporozumienia ⇒ nie ma oszustwa. No cóż, może stosujmy raczej słowo 'wyłudzenie' na określenie tego paragrafu?... Pamiętam swe zażalenia do sądu, gdzie słusznie wytykałem błędy prokuratorom – powołującym się wtedy, jeszcze później z arogancką przychylnością sądu, na zrozumienie przez "klienta" spisanej umowy (i, nieco w domyśle, wywiązanie się z litery tej spisanej umowy przez firmy) jako powód rzekomo braku przestępstwa, chyba tu na zasadzie braku bycia w błędzie (napisano w uzasadnieniu "nie można BOWIEM zasadnie twierdzić, że nie wiedział do czego zobowiązują się firmy" – inaczej mówiąc: "BO nie można mówić, że nie wiedział") – zarzucałem prokuratorom mianowicie, idealnie słusznie, paralogizm 'pars pro toto' i chwyt erystyczny 'mutatio controversiae'. W żadnym błędzie to on rzekomo już nie jest, bo tu pokazaliśmy, że w tym nie – taka to "logika".]   Proszę, co za idealne trafienie z dziwacznym podsumowaniem! W Cimoszewicza, znanego z poprzednich relacji tak jakby właśnie z takim podtekstem...   (Powtórzę: problemem w sprawie tych oszustów są nie dowody, ale oryginalna teoria prawna... – rozwiń komentarz...)   Same bardzo nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, zbieżności tematyczne/słowne itd.]

 

Przemówienia papieskie z pielgrzymki 2002 r. (zlecającej np. wyłudzenia, remont...?) w Opocepolecam słowa "Dziękuję za współpracę między władzami państwowymi i przedstawicielami Kościoła" w mowie pożegnalnej czy np. cytat "Nikt bowiem «nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich» (J 15,13). Taka jest miara miłosiernej miłości! Taka jest miara miłosierdzia Boga!" na początku homilii z 18/08/2002 – niespełna 3 lata przed, jak się zdaje, samobójstwem tego wybawiającego kraj od wciąż obecnego lęku i głoszącego "ogień miłosierdzia" papieża (później jeszcze mówił, że to wezwanie do wszystkich, by kochali w ten sposób, a w homilii 19/08/2002 mówił w ramach lirycznej modlitwy do Maryi: "Kapłanów ucz naśladować Twojego Syna w oddawaniu co dnia życia za owce" – może chodzi o popieranie złego projektu, choćby narażając się na piekło, skoro się w nie wierzy). Wolność i jej słynne "błędne rozumienie", oderwane od jakichś determinujących ustaleń (np. tutaj w 2009 w akapicie 6) – co często przecież kojarzono z tą starą "wolną wolą" – w tej homilii z 18/08/2002 papież przytoczył już tylko w sensie narodowym, politycznym (koniec akapitu 4), może po to, żeby już zupełnie nie wchodzić w konflikt z schopenhauerowską etyką świecką i poglądami na chrześcijaństwo (czyt.: uproszczony sposób podawania ludziom pewnych prawd etycznych, które w rzeczywistości mają inne uzasadnienie – porównaj z akapitem 3, tam jest jeden z zaskakująco nielicznych we wszystkich 3 homiliach konkretniejszych akcentów religijnych, nie o samej miłosiernej łaskawości i zadaniach wynikających z przepowiedni, nie o samym papieskim pozdrawianiu i ciepłych uczuciach, a np. o Bogu, szatanie itd.).

Takie jest jedyne prawdziwe rozumienie sensu tej ostatniej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski i wygłoszonych wtedy słów. Powiadom innych!
Nietzsche to ten filozof, który skończył w wariatkowie, podpisując się przedtem wielokrotnie "Ukrzyżowany". Napisał m. in.: "Straszliwy lęk mnie zbiera, że pewnego dnia ogłoszą mnie  świętym". Przypominam też, że również sąd zamknął mi sprawę stalkingu (dokuczania) bez żadnych przesłuchań w... Wielki Piątek.

Nietzsche jako filozof był nieco intelektualnie skryty, gdy chodzi o pewne ważne a i tak wiecznie słuszne prawdy (ale da się dociec najważniejszych myśli tekstu, są jasne; zob. np. to), wystrzegał się też sojuszy politycznych np. z nacjonalistami czy antysemitami, zapewne obawiając się zniszczenia jego dzieł, przepadku itp. (np. przykleiły się doń kompromitujące etykiety związane z poparciem go przez faszystów). W swych książkach i listach narzekał na brak czytelnictwa, pojawia się tam nieraz postać papieża czy to w kontekście końca Kościoła, czy ekstatycznie jako jakiś jego duchowy brat albo np. jako ktoś, komu się robi wyrzuty. Poza tym są też alegorie tego tematu. Już w pierwszej godzinie czytania książki "Tako rzecze Zaratustra" rysuje się taki obraz: przychodzi oto do ludzi ten starożytny założyciel religii (z roku 1000 p.n.e.), który wymyślił walkę dobra ze złem i piekło (również różne głupotki ze współczesnego punktu widzenia, w rodzaju koszernych i nieczystych potraw, rzeczy itp. – to też część jego cudownego objawienia była; także trochę aniołów pojawia się w tych starych legendach irańskich) – i on sam (ten przecież autorytet w tych sprawach) tak pociesza umierającego człowieka, liczącego na potępienie w piekle: "nie ma tych rzeczy, o których mówisz: nie ma diabła i nie ma piekła", po czym opierając się na nauce dodaje "dusza twa umrze prędzej jeszcze niźli twoje ciało – pozbądź się więc lęku!". Oryginalna ścieżka wnioskowania: od nieistnienia postaci do nieistnienia miejsca; przecież z przeciwieństwem piekła, czyli niebem, dziwnym trafem jest dokładnie odwrotnie (i to jest może najważniejsza, właściwa ścieżka wnioskowania!): od nieistnienia tego "królestwa" (z aniołami, świętymi, Chrystusem) w konkretnym miejscu przechodzi się do nieistnienia postaci – Boga... U Nietzschego naucza starożytny prorok, w rzeczywistości zaś tę rolę mógłby pełnić polski(!) papież organizujący może oszustwa mieszkaniowe, czyli wspomniane wyłudzenia metodą na "dom Ojca"... A takich alegorii do, powtórzmy, sprawy nieba jest u tego filozofa więcej. Tom 1 książki "Z genealogii moralności" (przedmowa też zaczyna się charakterystycznie) to rozprawa o jakichś tam ważnych problemach religijno-moralnych, dla których punktem wyjścia jest, dająca się nawet wciąż łatwo zauważyć każdemu – pochodzenie i dwuznaczność podstawowych słów w tej dziedzinie... Mamy to już wręcz niemal na tacy w "Antychryście", we fragmencie 1 (o pewnym ludzie wiecznie młodym i żyjącym w idealnym szczęściu, greckich Hiperborejach; punkt wyjścia książki brzmi tak oto: "odkryliśmy [to] szczęście, znamy drogę, znaleźliśmy wyjście z całych tysiącleci labiryntu"). Pierwszy podstawowy argument (choć zamaskowany)! I to chyba o nim (a może i o zwątpieniu u papieży) tak napisał Nietzsche w liście: "ze mną przygotowuje się katastrofa, której imię znam, ale go nie wyjawię" (a zauważcie: to u niego tylko jedna z jego kwestii, nawet mało wypowiedziana: praktycznie każdy z sensownych i współcześnie ważnych argumentów przeciwko religii jest jakoś u Nietzschego obecny). NA NAWIĄZANIA DO NIETZSCHEGO (a więc chyba też taki  zły zamiar zniszczenia człowieka już u Jana Pawła II? "będzie Nietzschem", "skończy, jak Nietzsche" – zresztą po co inaczej to manipulowanie myślami) W PIELGRZYMCE Z 2002 R. WSKAZYWAŁY, PODSUMUJMY:  (1) bezpośrednie skojarzenie z "Wiedzą radosną" przez podobieństwo cytatu – parafraza(2) fatalistycznie brzmiące wypowiedzi, przy czym fatalizm miałby tu zapewne być jakiś istotny religijnie, czyli kolidować z religią i moralnością (otóż Nietzsche to najsłynniejszy z postulujących to filozofów, fatalista-immoralista, który nie wymagał przy tym ślepej wiary w determinizm),  (3) hipoteza (podsunięte przypuszczenie), jakoby św. Paweł był oszustem, wprawdzie bardzo zakamuflowana (nawet specjalnie aż hasło pielgrzymki też wzięli ze św. Pawła) – a to jest przecież jedna z myśli "Antychrysta" Nietzschego(4) moje nazwisko, zapewne dobrane tak, by było w miarę podobne do Nietzsche (czyt.: Nicze), a obecnie widzimy, jak "dziwnym trafem" wyszedłem na rzekomo bardzo obfitym filozofowaniu (porównać z "domem ojca"),  (5) "nadzieje" wobec narodu polskiego, a przecież jest taki fragment w tejże "Wiedzy radosnej", zresztą zob. też te słowa Millera o, jak to ujął, poczytywaniu za zaszczyt(6) konstrukcja homilii, zaczynająca się od kilkuwersowego lirycznego cytatu z pobożnej niewiasty-mistyczki (tak zaczynają się rodziały, znowu, "Wiedzy radosnej"; patrz zresztą tekst na żółtym tle poniżej(!) – zrobiła się aż taka klamra liryczna z pierwszego i ostatniego kazania, "O" + [...] + "us us!", która brzmi jak pewien fragment liryczny z "Wiedzy radosnej", mianowicie o takim świętym, czyli dosyć niewinnym człowieku, który umarł od cesarskich prześladowań Kościoła). POZA TYM WĄTKIEM FILOZOFA, CO TO PRZEZ OSTATNIE 10 LAT ŻYCIA BYŁ SZALEŃCEM, POLECAM TEŻ DZIWNIE PROROCZE PIERWSZE ZDANIA – obrażającego podobno uczucia religijne, więc dobrze się zastanów, czy warto otwierać – TEKSTU J. URBANA z czasu pielgrzymki w 2002 pt. "OBWOŹNE SADO-MASO" (odnoszące się chyba do kwestii przekazu podprogowego): dokładnie to od początku 2013 r. ma publicznie miejsce ze mną, gdy poruszam się po Warszawie, Polsce czy Europie (inne kontynenty zwiedzałem nieco wcześniej, gdy nie było tortury, ale chyba też mają tajne instalacje dźwiękowe). Również poniżej, w tekście na żółtym tle, oznaczone są jako odnośnik słowa "[od czego zaczyna się] następny rozdział tej książki" – to również ważna sugestia (nie jest to prawie na pewno przypadek, że się to wszystko tak dobrze zgadza! poklikajcie poniżej odpowiednie odnośniki), że być może coś złego planowano. Kolejna poszlaka: sprawa (jak się zdaje) podrzucenia Donalda Tuska do polityki – kliknijcie. Jeśli by to wszystko się zgadzało i  już Jan Paweł II planował ofiarę z człowieka i najgorsze tortury, to raczej był niewierzący w katolicyzm (za takie rzeczy jest piekło) i w ogóle WSZYSCY CI TRZEJ KOLEJNI PAPIEŻE TO, MOIM ZDANIEM, ATEIŚCI-OKRUTNICY ZAMIESZANI W ZBRODNIE (oraz w sprawę nieistniejącego nieba), choć przecież i księża na dole hierarchii mają swój udział w prześladowaniach. To chyba jakaś zemsta na trupie Nietzschego, za Kościół (nie tylko o filozofa tu chodzi, ale i o całą tę "Wiedzę radosną": np. filologię żydowską, astronomię, neurologię). Papież stosuje w 2002 gdzieniegdzie język kapłański i katolicki, typu "dziękuję Bogu", ale to wszystko. Nie będę już wnikał, na ile to agnostycy, a na ile ateiści, w każdym razie dla mnie Watykan i Kościół zrównali się obecnie z mafią.

 


(Uwaga na marginesie. Jeśli się zgodzimy, że Nietzsche przyświecał mojej sprawie i nawet poniekąd pielgrzymce z 2002 r., to zauważmy jeszcze, że jej pierwsza homilia, tj. z 17/08/2002, zaczynała się od napuszonego cytatu lirycznego z inwokacją "O...", a ostatnia homilia, tj. z 19/08/2002, kończyła się na fragmencie lirycznym z końcówką po łacinie: "...us ...us!". W książce, do której były najwyraźniejsze odwołania, czyli "Wiedzy radosnej" Nietzschego, istotnie jest jeden podobnie skonstruowany fragment, zaczynający jeden z rozdziałów, a więc wyeksponowany i widoczny nawet przy pobieżnym przeglądaniu książki, a napisany równo 120 lat (z miesiącami) przed tą podsłuchową pielgrzymką: "O sanctus Januarius!" (co można tłumaczyć jako: "O święty styczniu!", ale i "O święty January!" – na tę dwuznaczność zwraca uwagę np. angielska Wikipedia). Skojarzenie z nim wydaje się w związku z tym nieco uzasadnione (przecież postępowanie papieża, gdy się cały ten z góry istniejący w jego umyśle plan zrozumie, nasuwa aż pytanie o jego wiarę), zwłaszcza, gdy wczytamy się w sens(!). Styczeń jest symbolem początku, pierwszego miesiąca (proszę więc popatrzeć na to, co mówił po wyborze – to "Stasiu, dziwisz się czy nie dziwisz?" itd. nasuwającym myśli zarówno o 1 dylemacie determinizmu, jak i 2 o problemie nieba), zaś św. January, jak podaje ww. angielska Wikipedia, kojarzy się ze swą śmiercią podczas Wielkich Prześladowań Kościoła za cesarza Dioklecjana (proszę zestawić to z przywoływaną tu nieraz listą przyszłych papieży wg św. Malachiasza: przepowiednia ta, na 4 sposoby z tym całym skandalem się kojarząca – Piotr związany z Rzymem; Kościół będzie powszechnie nielubiany, "skrajne prześladowania"; koniec Watykanu; straszliwy sędzia sądzi masy – przyświecała bodajże wyborowi  imienia ofiary Watykanu, czyli mnie, a także, chyba, imienia Benedykta XVI). Przeczytajcie teraz, proszę, ten fragment z "Wiedzy radosnej". Jest to fragment, który można w tym kontekście zrozumieć jako mówiący o popadaniu w niewiarę (wobec pewnych twardych i  skokowo wpływających na poziom oceny sytuacji faktów – taka zresztą jest właściwie definicja [jakiegoś pojedynczego] dowodu, np. przed sądem) i, w związku z tym, zainteresowaniu nowinkami technologicznymi. Poza tym, "święty [jest] styczeń", pierwszy miesiąc, ale zobaczcie, od czego zaczyna się następny rozdział tej książki (a także poprzedni)!! Naprawdę straszne. Legenda upada. Można do tego jeszcze dodać to "Totus Tuus, Maria..." jako dziwnie idealne wpisanie się w ten (drugi obok niedawnego święta maryjnego) kontekst tematyczny – skoro Nietzsche w Antychryście pisał, że specjalny kult Maryi wprowadzono także ze względu na żarliwość mężczyzn wobec kobiet, to w każdym razie takie "Cały Twój, Maryjo!" sugeruje dodatkowe uzasadnienie, czemu Wojtyła (po)został księdzem. Nie chciało mu się tworzyć normalnej rodziny i oddawać się kobiecie, może to zbyt prozaiczne i prymitywne dla jego filozoficznej natury było. Zauważmy na koniec, że ten wątek realizowania przepowiedni, które są dopiero zobowiązaniem, bo mogłyby nie być zrealizowane – a wątek ten mamy np. wprost podany w homilii z 17/08/2002 pod koniec punktu 5, także i przecież w tym całym tajnym projekcie ("Polaka, Piotra i Nietzschego, i [wg proroctwa sukcesu] hańby Kościoła" oraz jego dekadencji, schyłkowości) stojącym NAPRAWDĘ za tą pielgrzymką oraz również w tym, jak to chyba słusznie odczytuję,  odwołaniu do św. Januarego (czasy prześladowania Kościoła, zginął od nich),  potwierdzonym jeszcze zainteresowaniem papieża świętymi w homiliach 18/08/2002, 16/08/2002 itd. – kojarzy się z tym, być może, najpoważniejszym argumentem przeciwko teizmowi i jego artykułom wiary (w tym, może pośrednio: np. piekłu, niebu), który przytoczyłem kilka akapitów wyżej w różowym fragmencie, wzmiankowałem też na blogu na przykładzie transformacji alfabetycznych (patrz: druga połowa akapitu "Papież może być" z wpisu "Wątpisz w udział..."), a który prymitywnie zawsze streszczano w filozofii mało wyjaśniającymi słowami "[To] człowiek stworzył Boga" [i wykluczone wydaje się, z prawdopodobieństwem będącym praktycznie pewnością, by zrobił to zgodnie z uprzednim planem Stwórcy, bo fizyka nie daje dostatecznej swobody dla takiego planu obejmującego aż końcowe produkty całej, na kolejne szczeble wchodzącej, globalnej ewolucji wszechrzeczy]. To realizowanie przepowiedni to raczej ironia, w tym kontekście i wycierając sobie przy tym usta jeszcze św. Faustyną Kowalską, gdy może po prostu co innego ma się na myśli, cios dla Kościoła – stosuje się tłumaczenie religijne i pojęcia religijne, by usprawiedliwić zło, choć chodzi raczej tylko o to, żeby Polacy przedwcześnie wiary nie utracili. "Jeszcze by mojego 'syna Pietrka' zakatrupili" (dodatkowo zabezpiecza przed tym ciągła totalna obserwacja). Chodzi w tym argumencie, przypomnę, o brak projektu, brak celowości w obserwowalnej przyrodzie – bo normalnie się rozwija, wedle zwykłych przyczyn wynikających z prawa natury – i w związku z tym niemożność stworzenia wszechświata "pod" konkretne skutki rozwoju. W każdym razie jest to nieco bardziej ezoteryczny sens tej pielgrzymki, natomiast otwarte odwołania do filozofii ateizmu i tego włoskiego 'sirocco', sugerującego niewiarę w wolność woli i zbędność piekła, wymieniałem powyżej. A zatem chyba wiadomo już nawet, co Jana Pawła II doprowadziło, jeśli tak można powiedzieć, a chyba można, do niewiary i śmierci jako niewierzący [1 konkretne argumenty, 2 obojętność Boga mimo uprzednich planów na przyszłość w latach 90-tych – papież dożył 2000 r., Bóg zlekceważył te – istniejące już wtedy, jak mniemam – plany]. Zresztą patrzcie na czyny, nie słowa, te są jeszcze wyrazistsze.

Więcej argumentów za podejrzewanym tutaj ukrytym ateizmem Jana Pawła II jest w dopiskach nie na temat na dole wpisu na blogu o zabójstwie Blidy (14/01/2016), a także w dopiskach nie na temat pod wpisem o staraniach o pozbawienie mnie domu (22/04/2016). Zobaczcie blog. Oto np. podsumowanie skandali seksualnych rzucających cień na Jana Pawła II (są jeszcze skandale związane z zabijaniem, na tej stronie przytoczono tylko 1):
  • obnoszący się z gejowskimi skłonnościami Juliusz Paetz (inicjały: JP – pasują do "Jan Paweł") został abpem poznańskim, a wszelkie skargi (nawet sygnowane przez wiele osób) lekceważono – więcej o tym pod koniec tekstu na różowym tle niedaleko powyżej;
  • równie gigantyczna (ze względu na poziom nieładu moralnego) i spektakularna, co w przypadku Paetza (tutaj ksiądz miał nawet sporo dzieci i stałe stosunki seksualne z różnymi kobietami), sprawa założyciela zakonu "Legion Chrystusa" — Marciala Maciela — patrz szczegóły z Wikipedii;
  • sprawa arcybiskupa-nuncjusza Józefa Wesołowskiego (inicjały: JW – pasują do znanego skrótu "jw.", "jak wyżej"), zwłaszcza w zestawieniu z tym, że już w 2003 r., a nawet z 5 lat czy wręcz 20(!) lat wcześniej, musiały być plany (p.: "deklaracja niewiary" mojego kolegi z klasy Wesołowskiego i inne takie incydenty: tu jest pełniejszy opis przygotowań do sprawy Wesołowskiego) – więcej o tym na blogu (dopiski pod wpisami z 5/03/2015 i 22/04/2016) oraz w liście doborów po nazwisku (pkt 9); nawet kropkę dostawiono na końcu, choć tylko w przenośni – "wyrok wykonano" (odpowiednie skojarzenia: zła interpunkcja i odstępy przed kropką, stosowane przez szpiegów, pisałem o tej interpunkcji pod koniec 2015 r. przy okazji partii ".Nowoczesna" na przykład, a odnotowałem na blogu już w 2014... dla spikerów "odroczenie wyroku z powodu przepełnionych więzień" to był stały sposób tłumaczenia tych odstępów przed kropkami); szczegóły pedofilskich poczynań Wesołowskiego (a był nawet, dziwnym trafem i zupełnie bez ogródek, bez skrępowania przez Wesołowskiego znaleziony, ksiądz do towarzystwa, który miał mu chłopców wyszukiwać) opisał Newsweek;
  • pedofilskie molestowanie mnie przez telewizję (spikerzy twierdzą, że zorganizował to nawet sam Wałęsa) w wieku bodajże 6 lat, opisane małym drukiem na białym tle w pierwszej połowie tej strony www, tu także jakiś Peter Saunders ("robiący dźwięki", poprawnie byłoby: Sounders, ale wymowa ta sama) dziwnie dobrany przez samego papieża (hand-picked) do watykańskiej kongregacji do walki z pedofilią wśród duchownych (zauważcie, ja 18 lat skończyłem za Jana Pawła II, bo jestem z 1986 r.);
  • kilkanaście metrów sex-shopów na al. Jana Pawła II (przy skrzyżowaniu z al. Solidarności, nr 46/48, zobacz szyldy), w których jest m. in. taniec rozbierany i możliwość zaspokojenia przez ekspedientki w ramach oferty masażu, a są tam gdzieś także kabiny wideo (do pornografii). W Niemczech za takie rzeczy – gdyby to było blisko szkoły – należałoby się więzienie, u nas nawet jakiegoś wywłaszczenia nie umożliwiono, chyba właśnie przez życzenie samego patrona ulicy.

 

Podpowiem jeszcze, czy da się bronić takiego skandalu, jak dziś, rzekomym prawem Kościoła do "politycznej walki" przy użyciu wszelkich (nawet złych) środków i w imię bardzo ważnych spraw (na zasadzie "cel uświęca środki") – bo gdzieś w 2007 r. podpuszczono mnie chyba podprogowo, bym przeczytał Braci Karamazow, a nawet szczególnie zainteresował się obecnym tam słynnym fragmentem "Wielki Inkwizytor". Opowiada on o tym, jak papieże sięgnęli po władzę świecką; przypomina 3 kuszenia Chrystusa (a było w nich takie jedno – "dam ci wszelką władzę i wszelkie królestwa ... tylko pokłoń się przed diabłem", pozwól sobie na zakazane – Jezus odpowiedział, że kłaniać się i – ogólnie, w szerszym sensie – służyć należy tylko Bogu, dobremu Bogu, a mówił to w takim kontekście, że z jego słów wynikało w sposób oczywisty, że tak, istnieje możliwość działania w imię religii, która stanowi służenie diabłu, czyli są te wszystkie – obowiązujące wszędzie indziej – standardy moralne pozwalające na odróżnienie dobra od zła); narrator Iwan wspomina też coś o ucieczce od wolności wśród ludu i braniu jej na swe barki przez Watykan i Kościół; w opowieści jest o Chrystusie, przychodzącym ponownie na świat; wreszcie, po opowieści jest też szokująca teza mniej więcej taka: "powiem ci, jaki jest w tym sekret – twój papież w Boga nie wierzy" [w rzeczywistości o kardynale-inkwizytorze, ale Rzym podobno też już od dawna z diabłem, a to przecież ich człowiek]. Nie trzeba mieć jakiegoś szczególnego zacięcia teologicznego, jakoś doskonale znać się na Piśmie Św., by rozumieć, że kler nie ma żadnego prawa, religijnie jakoś umocowanego, rościć sobie innych standardów moralnych niż wszyscy (że np. im wolno zabijać, im wolno – hipotetycznie – rozkradać człowieka z prywatności, im wolno popierać torturę np. w kościołach). "Bo nam o religię chodzi", o zachowanie obecnego stanu władzy duchowej i przywiązania ludzi do kościołów i ich nauczycieli. I tak [tego, owego, siamtego] nie wolno! Nie tylko ten fragment, wyraźnie powtórzony w niejednej Ewangelii, mówi o tym; trzeba by się też przyjrzeć, czym w ogóle Jezus Chrystus zajmował się za życia (a nie tylko myśleć o tym, że "umarł, zmartwychwstał i wniebowstąpił", co było np. głównym zainteresowaniem św. Pawła, obok nielicznych jeszcze drobiazgów, zawsze jednak głównie z czczeniem samej postaci, samego imienia Chrystusa związanych). Otóż za życia Chrystus, jeśli nie głosił Królestwa Niebieskiego, to przede wszystkim krytykował faryzeuszy – stąd aż powstało określenie na dwulicowość: faryzeizm. "Węże, plemię żmijowe, jak wy możecie uniknąć potępienia w piekle!" – tak mówił Jezus o swoich wrogach doktrynalnych (Mt 23:33). Jest to aż w dwójnasób udziałem tych, którzy przypisują sobie wyższe prawa niż inni z racji tego, że są kapłanami, że działają powołując się na religię: po pierwsze, są obłudni w swym działaniu stanowiącym nieformalny i urojony wyjątek od głoszonego prawa (często przez nawet rażąco niesprawiedliwe uczynki, jak uderzanie w przypadkową osobę czy grupę osób "za nazwisko", "za przodków", "za to, co zrobił jej mój poprzednik", innymi słowy: czynienie zła niejako na oślep, przypadkowo i bez związku z własnymi życiowymi dokonaniami danej osoby, a przecież przypadkowość jest w sprzeczności z każdym możliwym kryterium sprawiedliwości, stanowi najwyższy wyobrażalny nierozum i przeciwieństwo porządku); po drugie, krycie skandalu przez media (ze względu na ochronę własnego wizerunku, zamiast się nawrócić i przyznać publicznie, jak to niegdyś masowo w Kościele uprawiano) to bardzo jaskrawy przykład dwulicowości (jedno oblicze publiczne, wobec ludu, drugie prawdziwe i w głębi serca). A zatem aż dwa bardzo ważne fragmenty Nowego Testamentu – kuszenia Chrystusa oraz krytyka faryzeuszy – opowiadają się przeciw wszelkiemu stosowaniu tego, co normalnie złe, w imię służenia religii.


© 2015-2016 www.bandycituska.com.
Tytułowa alternatywa jest pytaniem do establishmentu, bo może humanizm demokratyczny to mrzonka i przecenianie ludzi.
Jedno i drugie jest odejściem od ducha religii.

[ Kryterium doboru osoby po nazwisku – dostrzeżone przykłady ]     [ Co oznacza "niebo"? – dowody z samej Biblii ]     [ Rzut oka na Nietzschego: czy "śmierć Boga" należy wiązać z problemem nieba? ]